Wybierz region

Wybierz miasto

    Ekspedycja poszukiwawczo-naukowa wypłynęła z Gdyni, by odnaleźć wrak legendarnego ORP Orzeł

    Autor: Szymon Szadurski

    2008-07-28, Aktualizacja: 2008-07-28 08:46

    Powodzenia! - wołali gdynianie do katamaranu "IMOR", gdy niepozorna z wyglądu jednostka z szesnastoma osobami na pokładzie oddalała się. Załoga nie ukrywała, że wybiera się właśnie w wyprawę życia.

    Powodzenia! - wołali gdynianie do katamaranu "IMOR", gdy niepozorna z wyglądu jednostka z szesnastoma osobami na pokładzie oddalała się. Załoga nie ukrywała, że wybiera się właśnie w wyprawę życia.









    Jeśli cel "Ekspedycji Orzeł" powiedzie się, a jej uczestnikom uda się odnaleźć na dnie Morza Północnego wrak słynnego, polskiego okrętu podwodnego, zaginionego w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach w czerwcu 1940 r. na Morzu Północnym, będzie to sensacja na światową skalę. Miejsca, w którym ORP "Orzeł" zatonął, zabierając ze sobą na dno 60-osobową załogę, nie udało się bowiem dotychczas zlokalizować nikomu, mimo że próbowało tej sztuki dokonać liczne grono naukowców i poszukiwaczy. Uczestnicy wyprawy, która wystartowała z Gdyni, są jednak pewni siebie i szanse na sukces oceniają na 90-100 procent.






    - Jeśli na burcie zachowała się tablica informująca, że "Orzeł" powstał dzięki datkom Polaków, wydobędziemy ją i oddamy Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni - zapewnia natomiast Krzysztof Piwnicki, prezes Morskiej Agencji Poszukiwawczej w Gdyni, współorganizator ekspedycji.

    Optymizm uczestników wyprawy wynika jednak nie tylko z możliwości technicznych sprzętu, lecz także żmudnej pracy, jaką wykonali przed wyjściem w morze. Przez niemal trzy lata historycy przekopali się przez norweskie, polskie, niemieckie i alianckie archiwa, aby na podstawie analizy setek odtajnionych już dokumentów ustalić najbardziej prawdopodobny scenariusz zatonięcia ORP "Orzeł". Ostatecznie doszli do wniosku, że okręt musiał zatonąć na niemieckim polu minowym, które zostało ustawione przez Kriegsmarine kilka dni przed ostatnim patrolem "Orła". Historycy doszli do przekonania, że alianci, nie wiedząc o tym, nakazali załodze ORP "Orzeł" przepłynąć dokładnie przez środek pola. Na podstawie tych właśnie danych specjaliści z Morskiej Agencji Poszukiwawczej wyznaczyli akwen o obszarze około 30 mil morskich, dzieląc go na pasy po 500 m. Przeszukiwanie dna morza zająć ma łącznie 17 dni.

    Wyprawie, która z Gdyni wyruszyła wczoraj z wielką pompą, kibicować będzie nie tylko cały świat naukowy, ale i cała rzesza mieszkańców.

    Gdynianie przed wypłynięciem katamaranu mogli także wziąć udział w pikniku i zwiedzić kolejną wersję okrętu podwodnego ORP "Orzeł", zbudowanego dla polskiej Marynarki Wojennej już po zakończeniu II wojny światowej. Napięcie przed rozpoczęciem wyprawy rosło zaś z każdą chwilą, członkowie załogi nie ukrywali, że udziela im się dreszczyk emocji. Ale opinie wśród specjalistów na temat szans odnalezienia wraku ORP "Orzeł" są mocno podzielone i nie wszystkim udziela się optymizm członków wyprawy. Jerzy Janczukowicz, prezes Gdańskiego Klubu Płetwonurków "Rekin", uczestnik licznych wypraw poszukiwawczych, uważa, że odnaleźć wrak jest tak trudno jak wygrać "szóstkę" w totolotka.







    Nam się uda!


    Rozmowa z Wojciechem Godlewskim, rzecznikiem wyprawy.


    - Wraku ORP "Orzeł" próbowało szukać wiele osób. Bezskutecznie. Dlaczego?

    - Z prostej przyczyny, jest to pierwsza próba poszukiwawcza, zakrojona na tak szeroką skalę. Wszystkie poprzednie, z tego, co mi wiadomo, kończyły się tylko w sferze badań, nikt nie próbował schodzić na dno morza.


    - Jeśli jednak plan by się nie powiódł, będzie kolejna wyprawa?

    - Nie sądzę jednak, aby specjaliści z Morskiej Agencji Poszukiwawczej odpuścili, nie po to przygotowywali się do wyprawy przez 3 lata, wkładając w to tyle wysiłku. Będą szukać do skutku.




    Moja rodzina chce poznać całą prawdę


    Janina Siepielska mieszka w Strzałkowie w Wielkopolsce. Jest siostrzenicą mata Stefana Janaszka, który zatonął na ORP "Orzeł". Z Janiną Siepielską rozmawia Joanna Ćwiek.


    - Jak to się stało, że Stefan Janaszak, mieszkający w Strzałkowie w Wielkopolsce, czyli w głębi lądu, trafił do Marynarki?

    - Stefan był 13 dzieckiem w rodzinie mojej mamy. Skończył szkołę podstawową i zaczął pracować w gospodarstwie dziadków. Ale należał też do związku młodzieży polskiej i miał tam kolegę, który namówił Stefana do służby na morzu.


    - Kiedy rodzina dowiedziała się, że Stefan Janaszak nie żyje?

    - Bardzo późno, dopiero na przełomie lipca i sierpnia 1945 r. Wtedy ojciec Stefana już nie żył, zmarł w 1943 r. Matkę, czyli moją babcię poinformowano, że Stefan Janaszak zginął na łodzi podwodnej, która zatonęła u wybrzeży Anglii. I że był to okręt wojenny "Orzeł". Miał wówczas 24 lata.


    - Próbowaliście dowiedzieć się czegoś więcej?

    - Tak, ale nikt nie chciał powiedzieć nic więcej. Jedna cisza. Nigdy nikt nas nie poinformował, co się stało. Historię "Orła" poznawaliśmy z książek.


    - Słyszała pani o tym, że z Gdyni wyruszyła ekspedycja, która ma szukać zatopionego wraku ORP "Orzeł"?

    - Tak, wiem o tym i bardzo się wzruszyłam. Może jak go znajdą, to wydobędą też jakieś pamiątki po Stefanie. I może wreszcie dowiemy się, co tam tak naprawdę się stało.

    Sonda

    Z jakiego środka transportu w mieście najczęściej korzystasz?

    • autobus (35%)
    • samochód (27%)
    • tramwaj (19%)
    • metro (9%)
    • na piechotę (7%)
    • rower (2%)
    • inne (2%)