Listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego wylosowane - rozmowy z pomorskimi "jedynkami" PSL i SLD

Ostatni będą pierwszymi - ten znany cytat z Biblii zapewne powtarzają sobie po wczorajszym losowaniu numerów list wyborczych do Parlamentu Europejskiego najwięksi giganci naszej sceny politycznej, czyli Platforma ...

Ostatni będą pierwszymi - ten znany cytat z Biblii zapewne powtarzają sobie po wczorajszym losowaniu numerów list wyborczych do Parlamentu Europejskiego najwięksi giganci naszej sceny politycznej, czyli Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość. To właśnie tym dwóm partiom przypadły ostatnie numery list wyborczych. PO wystartuje z listy nr 9, zaś PiS z listy nr 10.




- Nasza lista to przysłowiowy strzał w dziesiątkę - komentuje ze śmiechem Piotr Zwara, sekretarz PiS na Pomorzu. Dodaje, iż odkąd karty do głosowania drukowane są w ten sposób, iż wszystkie listy znajdują się na jednej stronie, przydzielane danym komitetom numery nie mają już praktycznie żadnego znaczenia.

Żadnego poza prestiżowym rzecz jasna. W wypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego taka właśnie prestiżowa "jedynka" przypadła Unii Polityki Realnej.
∨ Czytaj dalej



Kolejne numery należeć będą odpowiednio do Polskiego Stronnictwa Ludowego, Samoobrony Rzeczpospolitej, Polskiej Partii Pracy, Libertas, Sojuszu Lewicy Demokratycznej startującego w wyborach wraz z Unią Pracy, Porozumienia dla Przyszłości Centrolewica oraz Prawicy Rzeczpospolitej.
Lista ostatniej z tych partii warta jest wspomnienia ze względów... socjologicznych. Kojarzona z zamiłowaniem do tradycyjnych wartości partia ta wystawiła bowiem na Pomorzu aż siedem pań.

To swoisty rekord, gdyż wszystkie pozostałe komitety startujące w naszym województwie mają na swoich listach łącznie jedynie 18 kobiet.

Panów jest znacznie więcej, bo aż 74. Łącznie o mandaty europosłów powalczy na Pomorzu 99 osób. Najmłodsza z nich ma 21 lat, najstarsza - 73. Średni wiek potencjalnego eurodeputowanego to 48 lat.
Wszyscy oni zaprezentować się wyborcom będą mogli chociażby dzięki darmowym spotom wyborczym, które komitety mają zagwarantowane w telewizji i radiu publicznym. Gdańska telewizja udostępni poszczególnym komitetom 10 godz. czasu antenowego, po godzinie dla każdego komitetu. Na antenie Radia Gdańsk komitety będą mogły wykorzystać łącznie 1200 minut.



Jestem konkretny do bólu i uparty aż do ostateczności
Z prof. Wojciechem Przybylskim - "jedynką" PSL do Parlamentu Europejskiego na Pomorzu rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Nie widać pana, nie słychać. Zdaje się, że jest pan taką "lokomotywą", która się jeszcze w tych wyborach nie rozpędza.

- To się tylko tak wydaje. Jeżdżę już na różne spotkania. Wszędzie tam, gdzie wyborcy chcą się ze mną spotkać. Liczę też promocję premiera Waldemara Pawlaka. Mamy się spotkać ze studentami 18 maja, na Uniwersytecie Gdańskim.


Chce się pan przykleić do premiera Pawlaka?

- Jak każda PSL-owska "jedynka" (śmieje się). Pan premier promuje wszystkie "jedynki" w swojej partii. I tym samym partię.


Dlaczego pan się zdecydował kandydować do Parlamentu Europejskiego?

- Bo w nim też powinni być ludzie PSL. A ja jestem człowiekiem Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chłopem z dziadza pradziada. Barłożno na Kociewiu to wieś moich dziadków. Stryj przed wojną był senatorem Rzeczpospolitej, właśnie z partii ludowej. Więc ja mam solidne, ludowe korzenie. Mimo, iż studiowałem w Warszawie i żyję nadal w mieście. Ale wieś znam. Jestem twardo wczepiony w nią korzeniami. Często to podkreślam.


Przez politykę wędruje się raczej małymi kroczkami. Najpierw jest samorząd lokalny, potem parlament krajowy i wreszcie europarlament. A pan, omijając wcześniejsze etapy, od razu chce zrobić wielki skok do Brukseli?

- Cóż mam pani powiedzieć? Moja partia stwierdziła, że jestem dobrym kandydatem. Zdecydowano o tym jednogłośnie.


Ale tutaj na Pomorzu ma pan bardzo silną konkurencję.

- To prawda. Pomorze to matecznik PO. PiS też się próbuje rozpychać. Ja się jednak nie boję. Jesteśmy partią ustabilizowaną, którą nie wstrząsają jakieś skandale. I dzięki temu poparcie nam ostatnio Trójmieście wzrosło. W Gdyni w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowało na PSL więcej
o prawie... 200 procent wyborców. W Gdańsku podobnie. Nasze szeregi zasilają coraz młodsi PSL-owcy w Trójmieście.


Ale pan wie, że wyborcy głosują na znane twarze. To są bezlitosne prawa polityki.

- Wiem, że dzisiaj trudno przebić się takiemu człowiekowi jak ja. Mogę nie wejść do europarlamentu. Ale każdy głos w tej kampanii na mnie i na moją partię jest na wagę złota.


Jest pan przygotowany na porażkę?

- Jak każdy człowiek sportu. Wiem od lat, że raz się wygrywa, a raz przegrywa.


Zniesie pan porażkę po męsku?

- Nie miałbym problemu z przegraną. Na listach wyborczych są tak znakomite nazwiska. Na jednej z uroczystości, która się niedawno odbyła spotkałem się z panem Januszem Lewandowskim. Wręczyłem mu piłkę. A do piłki dołączyłem życzenia zwycięstwa. Bo moim zdaniem, to znakomity kandydat do europarlamentu.


Ale też przeciwnik.

- To prawda. Ja hołduję zasadzie - niech wygra lepszy. I jeśli wyborcy zdecydują, że to on ma być lepszy, jako pierwszy pospieszę z gratulacjami.


Pan jako były sportowiec jest zaprawiony w walce.

- Ale głównie zespołowej (śmieje się). Grałem w piłkę nożną. Potem byłem trenerem. Trenowałem między innymi Lechię Gdańsk. I do dziś jestem jej fanem.


Jaki pan ma sposób na reklamę, poza ściskaniem rąk wyborców.

- Nie będę używać ciosów poniżej pasa. Będę, na przykład, gościem Gdańskiego Dywanika. I tam, mam nadzieję, będę mógł swoje poglądy prezentować. Liczę też na moich byłych studentów i sportowców, którym pomogłem w życiu i w karierze. I oni już stanęli przy mnie.


Jak?

- Najlepiej jak można sobie wyobrazić, użyczając swoich twarzy do promowania mojej osoby. W reklamówce zobaczy pani przy mnie Sylwię Gruchałę, Leszka Blanika i Adama Korola.


Nie było problemów z namową?

- Oni studiując przez parę lat na uczelni, w której byłem rektorem widzieli, że starałem się im stworzyć jak najlepsze warunki. Tak, aby mogli osiągnąć sukces. Mam z nimi bardzo dobre relacje.


Czym pan zamierza się zajmować w europarlamencie?

- Moim obszarem zainteresowań jest edukacja i sport. Ale nie tylko. Kiedy wykorzystywaliśmy unijne pieniądze do budowy Narodowego Centrum Żeglarstwa przy naszej uczelni, przekonałem się jak ogromna i skomplikowana jest machina administracyjna i papierkowa unii. Dlatego chciałbym walczyć też o to, żeby tych lasów tak bezsensownie nie wycinać. Żeby nie marnować tyle papieru na różne, niepotrzebne druki. Chciałbym się przyłożyć do upraszczania pewnych unijnych procedur. Przyłożyć do uproszczenia wniosków. Wtedy, na własnej skórze odczułem, że wystarczy czasami jeden przecinek czy kropka nie w tym miejscu, żeby wniosek szedł do zwrotu. Załamywaliśmy ręce przy natłoku tych różnych, niepotrzebnych formalności.


Czym pan chciałby przekonać do siebie wyborców?

- Tym, że jestem konkretny do bólu i uparty aż do ostateczności.

Prof. Wojciech Przybylski - urodzony w Tczewie w 1939 roku, ukończył AWF w Warszawie i pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim. Były rektor Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, członek Polskiego Stronnictwa Ludowego.



Longin Pastusiak: opieram się na tym, co mam w głowie

Z Longinem Pastusiakiem - "jedynką" SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego na Po-morzu - rozmawia Ryszarda Wojciechowska.


Czy widział Pan już najświeższe "ciacho" SLD?

- Nie wiem, o co chodzi.


O inną "jedynkę" w Pańskiej partii w wyborach do Europarlamentu, czyli Wojciecha Olejniczaka i słynną już sesję zdjęciową z jego udziałem.

- Tej sesji nie widziałem. Jestem zaangażowany we własną kampanię wyborczą na Pomorzu. I nie mam czasu, żeby przyglądać się innym.


Ale Olejniczak zaprezentował taki amerykański sposób reklamowania się. Młody, wysportowany, dobrze ubrany. No, po prostu, ciacho.

- Nie wszystko, co jest amerykańskie, podoba mi się. Nie będę się podmalowywać ani udawać kogoś innego. Chcę być naturalnym kandydatem, bez ulepszaczy. Mam swój styl. A polega on na tym, że spotykam się z ludźmi. Rozmawiam z nimi. Wręczam im ulotki. Bo w polityce jest ważny bezpośredni kontakt.


To może być dziś za mało...

- Co znaczy za mało? Jeżeli o człowieku i jego kompetencjach ma decydować kolor koszuli, to ja przepraszam, ale tak nie chcę. Rozumiem politykę poważniej. Chcę służyć Pomorzu, Polsce, Europie swoją wiedzą i doświadczeniem. Jestem autorem ponad 70 książek z dziedziny stosunków międzynarodowych. Przez 14 lat reprezentowałem Pomorze w Sejmie i Senacie. A Polskę między innymi w Zgromadzeniu Parlamentarnym NATO. Mając takie doświadczenie międzynarodowe i znając języki obce, mogę gwarantować, że będę skutecznym eurodeputowanym. I że moi wyborcy nie będę się mnie w Brukseli wstydzić.


O znajomość języków obcych mało kto w tej kampanii pyta.

- Ale one są ważne. Bo to w kuluarach zabiega się najczęściej o istotne dla kraju sprawy. I tam już się nie da tylko po polsku porozmawiać. Poza tym trzeba mieć coś do powiedzenia w obcym języku. Jest taki poseł w Sejmie, który się chwali, że zna piętnaście języków obcych. Ale oponenci złośliwie komentują, że w żadnym z nich nie ma nic do powiedzenia (śmieje się).


Kampania wyborcza to dzisiaj show, fajerwerki.

- Pani ciągle wraca do tych fajerwerków. Pan Palikot jest specjalistą od fajerwerków. A ja pytam - co pan Palikot ma do zaproponowania, jeśli chodzi o wyprowadzenie Polski z dołka ekonomicznego, finansowego, o rozwiązanie problemów służby zdrowia czy problemów społecznych. Happeningami i fajerwerkami tego się nie rozwiąże.
W polityce trzeba mieć kościec. Wiedzieć, jakich się broni interesów. Ja, syn włókniarza i włókniarki z Łodzi, urodzony na ulicy Tkackiej, staję w obronie ludzi pracy. Człowiek pracy nie obroni się w ustroju gospodarki wolnorynkowej, jeżeli nie będzie mieć odpowiedniej reprezentacji w organach władzy prawodawczej - w Sejmie, Senacie czy w Parlamencie Europejskim.


Ja tak myślę, że SLD przypomina sobie o ludziach pracy w kampaniach wyborczych.

- To nieprawda. Oczywiście, że wtedy jest zwiększona uwaga. Ale po raz pierwszy mamy taką sytuację, że wszystkie partie, wchodzące w skład partii europejskich socjalistów, mają wspólny program - przede wszystkim człowiek.


Będą przy Panu stać jakieś znane twarze?

- Ja naprawdę opieram się na tym, co mam w głowie. Nie muszę się podpierać innymi autorytetami czy znanymi twarzami. Będzie mnie tylko wspierać prezydent Aleksander Kwaśniewski. Przyjedzie tu agitować na rzecz naszego ugrupowania.


Pan na dosyć trudnym terenie startuje. Matecznik PO, PiS też się tutaj dobrze czuje.

- Ja nikogo się nie boję. Bo nie mam nic do stracenia. Parlamentarzystą się bywa, marszałkiem Senatu też. A profesorem się jest. Oddaję się do dyspozycji wyborców z wiarą, że nie będą głosować z uprzedzeniem.


Na porażkę jest Pan przygotowany?

- Proszę pani, polityk musi być zawsze na to przygotowany. W życiu pewne są tylko dwie rzeczy, jak mawiają Amerykanie, śmierć i podatki. A łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. Ja już doznałem porażki. Przeżyłem ją. Taka była wola wyborców i pogodziłem się z nią. Wróciłem do pracy naukowej.
Podstawowy zarzut do wszystkich kandydatów jest taki, że wędrują do Europarlamentu dla pieniędzy.
Mnie już ta wysoka emerytura, o jakiej się mówi, nie dotyczy. Bo ja jestem na emeryturze. Mam dwa i pół tysiąca, emerytura żony wynosi 900 zł, ale jeszcze wykładam i sobie dorabiam. Na spokojne życie nam wystarcza. Nie mam wielkich potrzeb. Nie wiem nawet, ile eurodeputowany dostaje pieniędzy.

Nasze serwisy specjalne

Sonda

Co sądzisz o ścieżkach rowerowych w stolicy?

Zobacz koniecznie

przewiń w lewo przewiń w prawo

Witryna korzysta z plików cookies oraz informacji zapisywanych i odczytywanych z localStorage, aby dopasować interesujące treści oraz reklamy. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki, w szczególności w zakresie cookies, oznacza, że pliki będą umieszczane na urządzeniu końcowym. Możesz zmienić ustawienia przechowywania i dostępu do cookies i localStorage używając ustawień przeglądarki lub używanego urządzenia. Szczegóły w Polityce Prywatności.

Zamknij