Wybierz region

Wybierz miasto

    Po prawie dwudziestu latach przerwy mistrz Jeff Sarwer powrócił do gry w szachy

    Autor: Magdalena Andrzejczyk

    2009-04-05, Aktualizacja: 2009-04-03 15:21

    Nazywa się Jeff Sarwer. Ma 30 lat. W USA był gwiazdą - bohaterem reportaży, ulubieńcem telewidzów. W wieku ośmiu lat został dziecięcym mistrzem świata. A potem uczestnikiem skandalu, zmuszonym do ucieczki i ukrywania ...

    Nazywa się Jeff Sarwer. Ma 30 lat. W USA był gwiazdą - bohaterem reportaży, ulubieńcem telewidzów. W wieku ośmiu lat został dziecięcym mistrzem świata. A potem uczestnikiem skandalu, zmuszonym do ucieczki i ukrywania się pod obcym nazwiskiem. Magdalena Andrzejczyk odnalazła go w Gdańsku, gdzie mieszka od dwóch lat.


    Wcześniej mieszkał w kilku innych krajach, a odwiedził ich blisko sto. Mówi pięcioma językami, w tym po polsku, którego nauczył się ze słuchu. W wieku lat 21, praktycznie bez wykształcenia, rozpoczął nowe życie w świecie biznesu i odniósł sukces w dziedzinie nieruchomości.

    Jego najbliższe plany? Kariera gospodarza talk-show (pojawiła się już propozycja) i pokerzysty turniejowego (ma na koncie już dwa sukcesy), udział w filmie o nim samym (wystąpi w roli producenta, współautora scenariusza i być może aktora), napisanie wspomnień. I pewnie niejedna przeprowadzka. Bo Jeff Sarwer to niespokojny duch. Chociaż on sam woli określenie "obywatel świata".
    Ciągle w ruchu, wciąż coś planuje, stawia sobie nowe cele. Zastrzega, że na razie dobrze mu w Gdańsku. Miejsce piękne, ludzie mili, biznes się kręci, od największych stolic Europy dzieli go krótki lot samolotem. A do tego nikt go nie zna i nie kojarzy z nagłówków gazet. Podkreśla, że po latach ucieczek, wstydu i skrępowania w związku ze swoją przeszłością, uporał się z tym ciężkim bagażem doświadczeń. Potrafi już o tym okresie życia rozmawiać, dlatego dał błogosławieństwo filmowi finansowanemu przez amerykańskich inwestorów. Ma kontrolę nad realizacją i pewność, że historia przedstawiona zostanie rzetelnie, zgodnie z prawdą, bez tabloidowej otoczki. Koniec tłumaczenia ludziom, co tak naprawdę się wydarzyło w jego życiu, co było dobre, co złe, kto zawinił.

    - Teraz będę mógł po prostu powiedzieć: jeśli chcesz się dowiedzieć, obejrzyj film.


    Jeden za dwóch

    To była miłość od pierwszego wejrzenia. Chociaż trzeba przyznać, że z początku nieco powierzchowna.
    - Zakochałem się szachach, bo to gra, która dobrze się prezentuje. Ma takie ładne, zgrabne pionki. Wcześniej bawiłem się kolorowymi dinozaurami, ale potem zobaczyłem szachy i pomyślałem: to naprawdę są zabawki dla dorosłych? To oni też się w coś bawią?

    Zasady poznał dzięki siostrze, kiedy miał cztery lata. No ale jak tu traktować poważnie czterolatka, która błaga o partyjkę? Więc, rozżalony i uparty, zaczął grać sam ze sobą.

    - Mój umysł się podzielił. Grając z wyimaginowanym przeciwnikiem, starałem się natychmiast zapomnieć, co myślał, wykonując ruch. Zacząłem widzieć wzory, strategie, posunięcia...

    Ten schizofreniczny trening się opłacił. Dwa lata później rodzina Sarwerów w czasie jednej ze swoich licznych podróży trafiła do Nowego Orleanu. W McDonaldzie natknęli się na grupę skupioną przy szachownicy.

    - Czy mogę z wami zagrać? - spytał rezolutny sześciolatek. "Czemu nie, będzie niezła zabawa" - pomyśleli i pozwolili dzieciakowi się przysiąść. Zabawa szybko zamieniła się w pogrom, bo kilkuletni smarkacz lał ich wszystkich bez większego wysiłku, za to z wyraźną radością.
    - Zostań tutaj, biegniemy po Ala - usłyszał.



    Al Carlin to nie byle kto - miejscowy autorytet, mistrz szachowy Luizjany. Przyszedł, popatrzył, zdębiał, po czym udzielił Jeffowi jego pierwszej lekcji szachów. Dla obu to spotkanie było ciekawym doświadczeniem. Jeff nigdy wcześniej nie otrzymał tak profesjonalnej porady ("wszytko nagle zaczęło nabierać sensu"), a Al nie spotkał w swojej karierze jeszcze tak utalentowanego szachisty. Po lekcji powiedział ojcu chłopca: - Powinniście odwiedzić Manhattan Chess Club, to najlepszy klub szachowy na świecie. A twój dzieciak będzie następnym Bobbym Fischerem.

    Ojciec Jeffa nigdy nie dopasowywał swoich planów do potrzeb dzieci, ale tak się akurat złożyło, że decyzję o przeprowadzce do Nowego Jorku podjął już wcześniej. Więc pojechali.



    Precz z systemem

    Tam po raz pierwszy zamieszkali wszyscy razem. Cała ósemka, czyli ojciec, matka, Jeff, Julia i czwórka ich braci przyrodnich, synów matki z poprzedniego związku. Bracia byli znacznie starsi i lubili kłopoty. Ich świat to walki gangów, podpalone samochody, bijatyki, a w konsekwencji problemy z prawem. Dlatego wyjazd do Nowego Jorku był im wszystkim na rękę. Wprawdzie nie mieli pieniędzy, ale to im nigdy w niczym nie przeszkadzało. Zdarzały się długie okresy, kiedy cała rodzina mieszkała w samochodzie.

    Michael Sarwer miał dość niezwykłe poglądy na życie. Uważał, że duże korporacje tak naprawdę uprawiają złodziejski proceder, więc nie ma nic złego w odpłacaniu im tym samym. Dlatego dwójkę najmłodszych pociech nauczył, jak kraść w sklepach i co robić, żeby uszło im to na sucho. Nie znosił biurokracji. Nie ufał systemowi szkolnemu. Wprawdzie wysłał kiedyś dzieci do przedszkola, ale tak jak on nie były tym eksperymentem zachwycone. Poziomem przewyższały swoich rówieśników, a zgorzkniali nauczyciele nie pozwalali im chwalić się czytaniem i pisaniem, bo "tego nie ma w programie". Dlatego sam zajął się edukacją swoich dzieci. W przyszłości miało to być jednym z argumentów wykorzystanych przeciwko niemu w sądzie - domowe nauczanie było wtedy pomysłem z kosmosu, mało kto kwestionował rolę szkoły.

    Matka Jeffa nie protestowała. Była zbyt zajęta czwórką starszych synów, którzy w Nowym Jorku znów związali się z gangami i po pewnym czasie musieli ewakuować się z metropolii. Pojechała za nimi.


    Na świeczniku

    Manhattan Chess Club to szanowana instytucja, jeden z dwóch najstarszych klubów szachowych w Stanach Zjednoczonych założony w 1877 roku. Gości największe umysły, najwspanialsze talenty, wielkie gwiazdy szachownicy. Żeby zostać przyjętym do tak szacownego stowarzyszenia, trzeba mieć ogromny talent, no i trochę pieniędzy, bo przebywanie w towarzystwie mistrzów kosztuje. Kiedy w jego drzwiach stanął Michael z pokaźnym afro na głowie i dwójką dzieci w brudnych, startych ciuchach - od razu wzbudzili sensację. Osobliwi, małoletni przybysze z Kanady nie mogli pochwalić się gotówką. Ale mieli talent, który nie tylko zapewnił im wstęp, ale także dożywotnią kartę członkowską. To przywilej, który przysługuje tylko arcymistrzom.

    Jeffem zaopiekował się Bruce Pandolfini, znany nauczyciel, szachista i dziennikarz, który w jednym z wywiadów powiedział potem: "Spośród tysięcy dzieci, które uczyłem, Jeff był najbardziej niesamowitym młodym graczem, jakiego kiedykolwiek widziałem".

    Od tej chwili dni Sarwerów wyglądały tak samo.
    - Co rano Julia i ja przekradaliśmy się za darmo do metra, jechaliśmy na Manhattan i spędzaliśmy tam po 7-8 godzin na grze i ćwiczeniach. Musiałem na przykład grać z zawiązanymi oczami. W ten sposób Bruce sprawdzał moją wyobraźnię, umiejętność myślenia obrazami. Nie mieliśmy pieniędzy, więc stali bywalcy litowali się nad nami i kupowali nam kanapki. Gdzie wtedy był nasz ojciec? Szczerze mówiąc, nie wiem. Może kręcił się gdzieś obok, ale byłem zbyt zajęty grą, żeby go zauważyć.

    Kariera Jeffa nabrała tempa. Zainteresowały się nim media, pojawiły się pierwsze artykuły i programy telewizyjne. Jeff zaczął brać udział w pokazach szachów symultanicznych, gdzie prowadził grę z 30-40 osobami jednocześnie. I z większością wygrywał. Grał także w szachy szybkie (tzw. speed chess) na nowojorskim Washington Square Park, gdzie nie tylko wprawiał się w grze, ale i zarabiał pieniądze, które potem zabierał mu ojciec. Był bystrym, zabawnym i pewnym siebie dzieciakiem, który uwielbiał zainteresowanie mediów.

    - Bo tam mogłem być dzieckiem. W domu był spokój, cisza, dyscyplina, prawdziwy obóz rekrutów. W telewizji mogłem być sobą, poszaleć. Ojciec nawet mnie do tego zachęcał, mówił, że to poprawia oglądalność. I tak mi już zostało.

    W 1986 roku ośmioletni Jeff wygrał w Puerto Rico szachowe mistrzostwo świata w kategorii chłopców poniżej 10 roku życia (w kategorii dziewczyn wygrała Julia). Mniej więcej w tym samym czasie wpadł w oko Edmarowi Mednisowi, arcymistrzowi z Estonii. Zauważył on chłopca podczas turnieju New York Open, gdzie Jeff pracował jako posłaniec. Biegał między salą do gry a pokojem analiz, w którym urzędował Mednis, i donosił o kolejnych ruchach uczestników. Jego umysł funkcjonował jednak na takich obrotach, że w czasie biegu analizował wszystkie posunięcia. I Jeff najpierw meldował Mednisowi, co się wydarzyło, a potem dodawał: "Ale ten gracz popełnił błąd" i zaczynał tłumaczyć, dlaczego. Zrezygnowany arcymistrz w końcu ustąpił mu miejsca przy tablicy wyników. A potem zaprosił jego i Julię do prowadzonego przez siebie programu telewizyjnego w stacji PBS, w którym komentowano słynne starcie Karpow kontra Kasparow.


    Życie zbiega


    Wbrew pozorom ta rozkręcająca się medialna maszyna nie cieszyła Michaela Sarwera. Nie podobało mu się, że ma coraz mniejszą kontrolę nad synem.

    - Moja miłość do szachów trochę zmieniła nasze życiowe plany. Przecież mieliśmy żyć z dala od systemu. A tu nagle zacząłem stawać się jego częścią, obracać się w towarzystwie osób z akademickim wykształceniem, od których mój ojciec kiedyś uciekł. Ludzie widzieli, że zabrania mi grać w coraz większej liczbie turniejów, odrzucił propozycję stypendium dla mnie w Yale, występu w niektórych programach. Aż w końcu powiedział Pandolfiniemu, że koniec z lekcjami. "Jest za młody, pozwólmy mu być dzieckiem" - argumentował. Ale tak naprawdę chodziło o kontrolę. Wróciliśmy do Kingston.

    Wtedy to Michael Sarwer po raz kolejny popadł w konflikt z prawem. Rozstał się ze swoją partnerką, rozpoczęła się walka o opiekę nad dziećmi, a wobec Michaela pojawiły się oskarżenia o przemoc domową. Sprawę wywąchał dziennikarz magazynu "Vanity Fair".

    - Pisał o nas już rok wcześniej, ale w pozytywnym świetle. Tym razem było inaczej. Zaszantażował nas, powiedział, że napisze artykuł z naszą pomocą lub bez niej, ale daje nam szansę na zaprezentowanie naszego punktu widzenia. A potem wszystko wywrócił do góry nogami. Pokazał prawdę jednowymiarową. A przecież w naszej rodzinie było jednak także dużo miłości.

    W tekście Michael Sarwer został oskarżony o znęcanie się nad dziećmi. Interweniowały władze. Jeff i Julia zostali oddani do rodzin zastępczych. Rodzeństwo szybko uciekło i wróciło do ojca. Może ich życie u jego boku nie było usłane różami, ale o niebo przewyższało to, co zastali u nowych opiekunów.

    Zaczęło się życie zbiegów. Rodzina zmieniła nazwisko, adres zamieszkania, w końcu osiedliła się w Europie. Jeff na dobre pożegnał się z szachami, czego do dzisiaj nie może wybaczyć ojcu. To była jego największa miłość i sposób na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. W każdym najmniejszym nawet mieszkaniu miał swój kącik do gry, w którym mógł zaszyć się i uciec w świat dający mu poczucie bezpieczeństwa. Bo tam wszystkie reguły były jasne i zrozumiałe. Teraz zostało mu to odebrane.

    Do szachów wracał powoli. Najpierw, jakieś 10 lat temu, zagrał w Kanadzie jako Ray Philips i zdobył nawet tytuł mistrza w rankingu FIDE. Pod swoim własnym nazwiskiem odważył się wystąpić dopiero w 2007 roku w Malborku, gdzie rozgrywano X Międzynarodowy Turniej Szachowy o Puchar Zamku Malborskiego. Pomimo długiej przerwy w grze i konkurencji ze strony arcymistrzów, zajął wysoką, trzecią pozycję.


    Przystanek: Gdańsk


    - Dzisiaj najbardziej irytuje mnie okazywane mi współczucie. Często słyszę: "Tak mi przykro z powodu wszystkich złych rzeczy, które cię spotkały". A przecież ludzie nie wiedzą wszystkiego, znają tylko część prawdy.

    Całą zna tylko on i jego siostra. Julia wróciła do Kanady, założyła rodzinę, pisze wspomnienia, chociaż wciąż nie jest pewna, czy je opublikuje. A Jeff? 10 lat temu zerwał stosunki z ojcem ("stawał się coraz bardziej szalony"), długo pracował nad odbudowaniem poczucia własnej wartości, własnego, autonomicznego życia i niezależności finansowej, co było o tyle trudne, że nigdy nie odebrał formalnego wykształcenia.

    Dwa lata temu trafił do Gdańska, kupił tu ziemię, mieszkanie, otworzył biuro. Jednocześnie zaczął powoli wynurzać się z cienia. W Malborku zagrał pod swoim nazwiskiem, zaczął pojawiać się na szachowych forach internetowych. Potem pojawił się projekt filmu, który jest wciąż na etapie przedprodukcji, a jego roboczy tytuł brzmi "The Jeff Sarwer Project". Wszystko wróciło do normy, choć w jego przypadku norma odbiega od tradycyjnych standardów życia.

    Gdańsk nie jest na pewno ostatnim przystankiem na jego drodze, zresztą nie wyobraża sobie posiadania jednej życiowej bazy. To wynik długiego życia w drodze i wieloletnich podróży.
    - Podróżowanie otwiera umysł, widzisz, jak ludzie w nowych miejscach robią coś inaczej niż ty, stajesz się elastyczny i nie myślisz wzorami. Czy to ma coś wspólnego z życiem na walizkach, które prowadziłem jako dziecko? Na pewno. Rzeczywiście, nie przywykłem do życia w jednym miejscu, ale to mi się podoba. Nie czuję już, że uciekam.



    Więcej na temat: 

    Sonda

    Z jakiego środka transportu w mieście najczęściej korzystasz?

    • autobus (35%)
    • samochód (27%)
    • tramwaj (19%)
    • metro (9%)
    • na piechotę (7%)
    • rower (2%)
    • inne (2%)