Wybierz region

Wybierz miasto

    Poligloci z handlem we krwi

    Autor: Karolina Kowalska

    2009-03-14, Aktualizacja: 2009-03-14 15:47 źródło: Polska

    Brunowie są w stolicy od XVIII w. I nie zamierzają jej opuszczać. Z seniorką rodu Zofią Brun z domu Hanusz rozmawia Karolina Kowalska Co Pani czuła, kiedy po pół wieku, w 2000 r.

    Brunowie są w stolicy od XVIII w. I nie zamierzają jej opuszczać. Z seniorką rodu Zofią Brun z domu Hanusz rozmawia Karolina Kowalska

    Co Pani czuła, kiedy po pół wieku, w 2000 r., firma Krzysztof Brun & Syn wznowiła działalność?
    Ogromne zadowolenie i dumę. Firma została założona 216 lat temu, w 1793 r., jako skład towarów żelaznych J.D. Münkenbeck na rogu ul. Bielańskiej i pl. Teatralnego. Założyciel warszawskiej linii rodziny Brunów Krzysztof Fryderyk został jej wspólnikiem w 1807 r. 22 lata później zmieniono nazwę na K. Weichert i Brun, a 1 września 1852 r. na Krzysztof Brun i Syn. Pod tym szyldem firma ma więc 157-letnią tradycję. Co więcej, historia firmy przypomina trochę fabułę "Lalki" Bolesława Prusa. Krzysztof Fryderyk przywędrował bowiem do Warszawy bez pieniędzy, zatrudnił się w sklepie J.D. Münkenbeck, a po śmierci właściciela ożenił się z wdową i w ten sposób wszedł w posiadanie majątku.

    Brunowie znani są przede wszystkim jako wybitni przedsiębiorcy, kupcy i przemysłowcy.

    Zawsze wiele się mówiło o handlowych zdolnościach Brunów, o tym, że członkowie mojej rodziny wchodzili w skład najróżniejszych rad. Henryk Brun był przewodniczącym Zgromadzenia Kupców Warszawskich. Poproszony przez Niemców o wystosowanie apelu do kupców o dobrowolne datki na SS nie zgodził się i następnego dnia został aresztowany, a potem stracony w Palmirach. Jednak Henryk, podobnie jak wielu Brunów, działalność handlową łączył z piastowaniem funkcji publicznych. Był posłem na Sejm. Mój teść Stefan Brun pełnił honorowo funkcję konsula fińskiego, a Stanisław Gustaw Brun, jego ojciec, był konsulem duńskim. Wszyscy Brunowie mieli wyższe wykształcenie i byli poliglotami. Nic więc dziwnego, że chętnie widziano ich na takich stanowiskach.

    Przedwojenna historia Brunów została opisana w detalach, natomiast niewiele wiadomo o ich losach po drugiej wojnie światowej.
    Historia firmy do drugiej wojny światowej to temat wielu artykułów i książek. W 1928 r. zmieniono nazwę na Spółka Akcyjna Handlu Towarami Żelaznymi Krzysztof Brun i Syn SA z kapitałem zakładowym 2,4 mln zł. Brunowie mieli kamienicę na rogu pl. Teatralnego i Bielańskiej, a od 1916 r. kamienicę i hale magazynowe przy Białostockiej 22. Firma jako pierwsza importowała Wecka czy maszynki do golenia firmy Gillette. Wprowadziła też kuchnie polowe do armii rosyjskiej. Bliźniacza firma Block-Brun posiadała salon wystawowy i szkołę maszynopisania w hotelu Bristol oraz oddziały we wszystkich miastach wojewódzkich. Wszystko to zabrały socjalizm i wojna.

    Firma przestała istnieć w 1950 r. Dlaczego?
    Wszystko przejęło państwo, a Brunowie po raz pierwszy w życiu musieli zacząć pracować u kogoś. Mój teść został wiceprezesem Warszawskiego Komitetu Odbudowy Kraju i Stolicy. Za tę honorową działalność otrzymał m.in. Kawalerski Krzyż Odrodzenia Polski. Wujaszek Stefan Spiess poszedł do pracy w Polskim Radiu. Jako wyborny znawca muzyki zajął się organizacją audycji. Mój mąż Stanisław znalazł pracę w Warszawskiej Fabryce Motocykli, gdzie wicedyrektorem był jego brat Krzysztof.

    Pani mąż i szwagier byli wyjątkami wśród Brunów. Poświęcili się motoryzacji. Najpierw sportowi, a potem konstrukcji motocykli.
    Swojego męża poznałam w Zakopanem na stadionie żużlowym. Po raz pierwszy widziałam wówczas ten sport, który był w Polsce nowością. Byłam tam na wakacjach i po powrocie do Warszawy zaczęliśmy się spotykać. Pomógł mi przygotować się do studiów w Szkole Głównej Handlowej. Tłumaczył mi, absolwentce klasy humanistycznej, co to dług i kredyt. Chociaż w czasie wojny skończyłam pierwszy rok konserwatorium w klasie śpiewu, a potem zaczęłam studiować stomatologię w Łodzi, nie dane mi było jej dokończyć. Na stomatologię w stolicy się nie dostałam, ze względu na kupieckie pochodzenie i zadawałam na SGH. Mąż sam tam studiował, ale całkowicie poświęcił się motocyklowej pasji. Był sześciokrotnym mistrzem Polski. W domu mam całą kolekcję pucharów, nagród i chorągwi. Miłość do motoryzacji wyssał niemal z mlekiem matki. Mój wnuk Fryderyk nie odziedziczył pasji dziadka. A syn też wybrał weterynarię.

    Weszła Pani do znamienitego warszawskiego rodu. Jak została Pani przyjęta przez rodzinę męża?
    Weszłam do wspaniałej rodziny. Byłam goła i wesoła, bo wybudowane przez moją mamę sklep i mieszkanie na Nowym Świecie zabrało państwo. Ale Brunowie byli wówczas równie ubodzy. Wrócili do domu na Mokotowie i powoli go odnawiali, ale na skutek zmiany ustroju dostali dom w kwaterunku. Po ślubie zamieszkałam z mężem w jednym pokoju. W drugim mieszkali teściowie, w kolejnych inni członkowie rodziny. Wojnę przetrwał wyłącznie magazyn na Białostockiej, który udało nam się odzyskać dziewięć lat temu. Tam zachowały się serwisy, trochę książek i mebli. Poza tym wszyscy byliśmy ubodzy. Choć trzeba przyznać, że u Brunów zawsze była gosposia i gotowe obiady. A my z mężem po urodzeniu syna sprzedaliśmy motocykl, by opłacić nianię. Oboje już wówczas pracowaliśmy.

    Jak wyglądała codzienność w tak tłocznym domu?
    Przede wszystkim zgodnie. W życiu nie doszło między nami do scysji. Teściowie byli tolerancyjni. Nawet figle mojego małego synka przyjmowane były jak doskonały kawał. A trzeba przyznać, że zalanie pokoju niekoniecznie musi bawić. Pamiętam, jak Paweł zalał łazienkę, a cioteczka klaskała w dłonie, wykrzykując z zachwytem: "O, Boże, ależ z tego naszego Pawła urwis!". Mało tego. Pewnego dnia mój syn dostał w prezencie psa Dżumę. Dżuma stała się ulubienicą teścia, który w najtrudniejszych czasach biedy potrafił dawać jej z talerza najładniejsze kawałki mięsa. Tradycją domu Brunów były niedzielne obiady.

    Ile osób siadało wówczas przy stole?
    Średnio ok. 18. Zapraszano też moją mamę. Atmosfera była rodzinna, a humory dopisywały wszystkim. Pod nogami kręciła się Dżuma. Obiady te wspominam jak najmilej. Ich tradycja skończyła się po śmierci mojej teściowej, która w 1958 r. zginęła w wypadku autobusowym. Wtedy teść oddał mnie i mojemu mężowi dół domu, a sam zamieszkał w naszym pokoju na piętrze. Chwilę mieszkała z nami baronówna Romer, wielbicielka koni, która po pracy jeździła na Służew i, jak na arystokratkę, wyróżniała się wyjątkowo mocnym językiem. Później podobny język słyszałam tylko wśród współczesnych ludzi biznesu.


    Jak wojna zmieniła ludzi takich jak Brunowie?
    Myślę, że wojna nas zahartowała. Moi teściowie czy krewni przyjęli tę zmianę z pokorą. Nie tracili ducha w związku z biedą, mniejszą powierzchnią mieszkaniową, mniejszymi możliwościami finansowymi. Nikt z naszej rodziny nie zapisał się do partii. Moja mama przeżyła obóz koncentracyjny. Wykazała się ogromną odwagą, przenosząc w skrytkach w ubraniu i butach pieniądze - resztki majątku, które potem wykorzystała do odnowy naszego sklepu i mieszkania na Nowym Świecie. Ja sama, kiedy wybuchła wojna, miałam 14 lat. Bardzo szybko dorosłam. Stałam się odpowiedzialną uczciwą osobą, na której można było polegać. Po wybuchu wojny razem z siostrą jako harcerki nosiłyśmy kawę i herbatę na Dworzec Główny, który mieścił się na wysokości dzisiejszego hotelu Polonia. Potem pracowałyśmy jako sanitariuszki w szpitalu na Woli, gdzie napatrzyłyśmy się na ludzkie cierpienie. Wojna doświadczyła nas bardzo, szczególnie Powstanie Warszawskie.

    Powstanie Warszawskie było źródłem konfliktów Pani i męża.
    Mąż nie brał w nim udziału. Choć był w konspiracji i o wszystkim wiedział, postanowił się nie przyłączać. Na początku naszej znajomości myślałam, że taki jego stosunek do Powstania przekreśli ją. Bo ja w Powstaniu byłam. Ale mąż mnie z niego wyleczył. Mówił: "Moja droga, 200 tys. ludzi zginęło. Czy to rzeczywiście było potrzebne?". I musiałam przyznać mu rację. Jak się pomyśli, ile pochłonęło to istnień ludzkich. O tym, że nawet ci, którzy ocaleli, bywali więzieni i mordowani w więzieniu na Rakowieckiej, o tym, że rozstrzelano nawet najmłodszych 16-letnich uczestników, a ich ciała chowano nie wiadomo gdzie, to trzeba dojść do wniosku, że Powstanie było złem. Jako sanitariuszka nasłuchałam się opowieści o tylu zbrodniach. Ludzie opowiadali o egzekucjach na wolskich podwórkach. O Niemcach rozstrzeliwujących całe rodziny, strzelających do matek z niemowlętami na rękach. O tym, jak te dzieci płakały potem w ramionach martwych matek, a hitlerowcy pilnowali, by nikt nie podszedł i nie wyjął im tych dzieci z rąk.

    Brunowie odzyskali budynek firmy przy Białostockiej pół wieku po tym, jak zarekwirowało je państwo. Od dziewięciu lat pod szyldem Krzysztof Brun i Syn Pani rodzina wynajmuje tam lokale. Budynek nazywa się Kamienicą Artystyczną i jest uznawany za jedno z najciekawszych miejsc na Pradze.
    Budynek przy Białostockiej ocalał chyba tylko dzięki mocnej żelbetowej konstrukcji. Kiedy go odzyskaliśmy, był bardzo mocno zniszczony. Na szczęście po licznych remontach udało się go odnowić. Głową wskrzeszonej firmy jest mój syn Paweł Brun, z wykształcenia weterynarz, z zawodu biznesmen. Świetnie radzi sobie z prowadzeniem firmy. Jestem z niego dumna. Cieszę się, że Brunowie nadal są obecni w Warszawie.
    Więcej na temat: 

    Sonda

    Z jakiego środka transportu w mieście najczęściej korzystasz?

    • autobus (35%)
    • samochód (27%)
    • tramwaj (19%)
    • metro (9%)
    • na piechotę (7%)
    • rower (2%)
    • inne (2%)