Wybierz region

Wybierz miasto

    WYWIAD - Ray Wilson: Zamieniłem Edynburg na Poznań

    Autor: Marcin Kostaszuk

    2008-11-22, Aktualizacja: 2008-11-22 20:37

    Ray Wilson przez dwa lata śpiewał w Genesis. Dziś można go spotkać na poznańskim Starym Rynku - tu znalazł dom i miłość. Opowiada o tym Marcinowi Kostaszukowi Po naszym tekście o tym, że zamieszkałeś w Poznaniu, ...

    Ray Wilson przez dwa lata śpiewał w Genesis. Dziś można go spotkać na poznańskim Starym Rynku - tu znalazł dom i miłość. Opowiada o tym Marcinowi Kostaszukowi

    Po naszym tekście o tym, że zamieszkałeś w Poznaniu, mnóstwo ludzi chciałoby zapytać Cię, niczym dziennikarze Leo Beehakkera w reklamie: Ray, why? For money?
    Nie, dla dziewczyny. Poznaliśmy się podczas ubiegłorocznego, charytatywnego koncertu w klubie Johny Rocker w Poznaniu. A właściwie po nim, bo Gosia nawet nie widziała mnie na scenie. Nie wiedziała więc, kim jestem i co tu robię.

    Po prostu kolejny facet z Wielkiej Brytanii, który bawi się na mieście.
    Porozmawialiśmy, polubiliśmy się, ale to był tylko początek znajomości, zresztą zaraz wyjeżdżałem do Szkocji. Zdążyłem jednak dowiedzieć się, że jest tancerką i niebawem występuje w Warszawie. Poleciałem tam z Edynburga, by ją zobaczyć. Była świetna, więc zapragnąłem ją znów zobaczyć, tym razem w Poznaniu, w Teatrze Wielkim. Nasza znajomość rozwijała się powoli, ale w końcu doszedłem do wniosku, że stała się dla mnie zbyt ważną osobą, by widywać się tylko w przerwach między moimi koncertami. Opuściłem Edynburg i zamieszkałem tutaj.

    Co różni to miasto od Poznania? Odczułeś dużą różnicę?
    Oczywiście, jest wielka różnica w mieszkaniu w Polsce i Szkocji. Ludzie, język...

    Podobno już co nieco umiesz po polsku?
    Uczę się, bo rodzina Gosi mówi tylko po polsku. Poważniejsze lekcje zacznę w grudniu, gdy skończę trasę koncertową.

    To cała tajemnica twojej przeprowadzki?
    Oczywiście wcześniej też miałem kontakt z Polską, już dziewięć lat temu byłem tu z Genesis, w Katowicach. Czułem się jak oczekiwany gość, witany bardzo serdecznie. Teraz oczywiście jest inaczej, nie jestem tu w pracy, na scenie, jestem zwykłem facetem. Co jakiś czas ktoś mnie rozpoznaje i pozdrawia, ale generalnie większość ludzi nie wie nic o mojej karierze muzycznej. I dobrze. Żyję jak Polak: to samo jedzenie, sklepy, media, problemy...

    Czy tytuł twojego nowego albumu solowego "Propaganda Man" to też efekt twoich polskich doświadczeń? Wiesz, że Polacy mają obsesję na punkcie polityki...
    Nie, to tylko przypadkowa zbieżność, choć wiem, że określenie "propaganda" odnosi się w Polsce zwłaszcza do czasów komunistycznych. Zacząłem pracę nad tym projektem 3 -4 lata temu i nie chodziło mi tylko o polityczną propagandę. Chodziło raczej o zjawisko bardzo destruktywne, które funkcjonuje także w religii, a nawet w bliskich stosunkach międzyludzkich. Wszyscy jesteśmy tym skażeni, każdy z nas chce podkolorować rzeczywistość, by wypaść lepiej w czyichś oczach i ukryć to, co wstydliwe, kłopotliwe.

    Uciekłeś od szkockiej propagandy czy od Szkocji w ogóle.
    Nie mogę powiedzieć, że skądkolwiek uciekłem. Patrzę na mój pobyt w Poznaniu jak na nowy początek, nowy rozdział w życiu, który dla mnie samego jest zaskakujący, ale też fascynujący. Jestem osobą mocno odczuwającą panującą wokół atmosferę, emocje i do tej pory bycie w Polsce przyniosło mi tylko i wyłącznie pozytywny nastrój. Taki jest mój osobisty odbiór waszego kraju - czuję się tu komfortowo pod każdym względem. Wiesz, że sporo w życiu podróżowałem i chyba tylko we wschodnim Berlinie miałem podobne wrażenia.

    W Berlinie rozumiem. Ale dlaczego wschodnim?
    Tam panuje artystyczna atmosfera, sprzyjająca ciągłym zmianom, rozwojowi. To zupełne przeciwieństwo zachodniej części miasta, która jest podporządkowana PIENIĄDZOWI. Wschodnia część jest jakby doklejona, jest bardzo inspirująca. Podobnie jest na przykład w Stambule, gdzie łączą się ze sobą wpływy kultury europejskiej i islamskiej. Taki miks kreuje magię miejsca. Dla mnie Wschód zawsze był bardziej inspirujący od Zachodu. Ta słabość zaczęła się w 1994 roku, gdy ze Stiltskin byłem w Estonii, w Tallinie. Czułem się, jakbym wskoczył w lata 70. Wszystkie dziewczyny wyglądały, jakby śpiewały w Abbie: stroje, fryzury...

    Bycie muzykiem to ucieczka od wyścigu szczurów?
    Muzyczny biznes to też wyścig szczurów. Być muzykiem to jednak błogosławieństwo, bo daje wolność.

    W jaki sposób?
    Podróżowanie, spotykanie ludzi, poznawanie innych kultur to najlepsza część tego zawodu. Gdybym nie był muzykiem, z pewnością nie podróżowałbym, nie jestem tego typu osobą, a tak jestem do tego zmuszony. Są oczywiście inne aspekty - kariera jest jak kolejka rollercoaster, która najpierw winduje cię wysoko, by za chwilę spaść ostro w dół.
    Wielki sukces to coś nierzeczywistego, bo przecież nigdy nie wiesz, czy na niego zapracowałeś. To się po prostu zdarza, jak wygrana na loterii. Normalny człowiek wyrusza w życiową podróż, po to, żeby coś osiągnąć - założyć rodzinę, utrzymać ją, mieć dzieci. Jego osiągnięcia są rzeczywiste. Muzyk po prostu któregoś dnia staje się szczęściarzem.

    O kimś takim śpiewał Lennon w "Working Class Hero". Nie tylko o muzykach: o wszystkich, którzy sławę osiągnęli znienacka, przeskakując społeczną drabinę jednym susem.
    No właśnie. Zobacz, co się dzieje z takimi ludźmi - gwiazdami muzyki pop, aktorami, piłkarzami. Sława im odbija, gubią się. Nie wiedzą, co z tym zrobić. Byłem w takiej sytuacji - dwa razy byłem bardzo wysoko i dwa razy spadałem. Nauczyłem się, że najlepszy jest taki stan, jaki mam teraz - ludzie mnie znają lepiej lub gorzej, ale na to, że ciągle przychodzą na moje koncerty, zapracowałem uczciwie.
    To nie jest jakiś wielki sukces, ale daje mi to sporą satysfakcję, bo po prostu jest moje. Grałem w klubach, pubach, na weselach i czułem się dużo bardziej szczery, niż w Genesis. To było sztuczne, nieprawdziwe życie. Decyzja żeby żyć tu, w Poznaniu, też jest efektem głębokiego przemyślenia, gdzie jest moje miejsce w życiu i z kim chcę je spędzić. W niedzielę wróciłem do Poznania z kilkutygodniowej trasy po Europie. Wysiadłem z samochodu i wiedziałem, że jestem w domu.

    A gdzie spędziłeś 8 września?
    Niech pomyślę... W Heidelbergu. Miałem dwa dni przerwy w koncertach, przyjechała do mnie Gosia i przyjaciele ze Szkocji.

    Pytam, bo tego dnia skończyłeś czterdziestkę. Hucznie?
    Nie jestem dobry w świętowaniu. Spędziliśmy z przyjaciółmi dwa fajne dni. Nic wielkiego. Z czasem jestem spokojniejszy, w odróżnieniu od wielu facetów, którzy w tym właśnie wieku zaczynają latać za spódniczkami i kupować sportowe samochody. Ja mam okres szaleństw za sobą, raczej myślę o tym, żeby osiąść na stałe i założyć rodzinę. Dziesięć lat temu nie byłem jeszcze gotowy. Teraz mogę sobie pozwolić na to, by przystosować się do trybu życia Gosi, która też sporo jeździ po Europie i na przykład wynająć apartament w Paryżu i spędzić z nią tam kilka dni. W ogóle jestem wielkim fanem Europy, zwłaszcza po doświadczeniach z Ameryką.

    Byłeś tam na koncertach z Genesis.
    Ameryka stała się karykaturą normalnego państwa, tak jak jej dotychczasowy prezydent George W. Bush. Jak można było wybrać takiego idiotę na prezydenta USA i w istocie na światowego przywódcę? Być może Ameryka czegoś się jednak nauczyła, wybierając teraz Baracka Obamę, bo to, co się dzieje w Stanach, rzutuje na cały świat.

    Znamy cię z zupełnie różnych wcieleń - jako dzikiego rockmana, ale i wokalistę, który potrafi oczarować spokojną balladą. Wolisz granie z mocnym, rockowym zespołem czy akustyczne?
    Chyba unplugged. Potrafię dziś krytycznie spojrzeć na siebie i swoje talenty. Widzę, że jestem szczęściarzem, bo Bóg dał mi głos. Wiem, że jestem dobrym wokalistą, nie muszę nad tym pracować, uczyć się. Z graniem jest inaczej - nie jestem wielkim gitarzystą, ale potrafię sobie poradzić. Jako autor - napisałem parę fajnych rzeczy, ale i kilka słabszych. Oto mój autoportret. Z tego wynika odpowiedź na twoje pytanie - grając koncerty akustyczne, sporo mówię do publiczności między utworami, opowiadam różne historie, anegdoty, mam swój sarkastyczny, chropawy, szkocki humor. I to na nich działa, nawet w Polsce, gdzie pewnie ludzie rozumieją o wiele mniej.

    Więc to dlatego uczysz się polskiego...
    Właśnie. Mój głos to największa siła i dlatego grając, nawet z zespołem, na instrumentach akustycznych za jego sprawą słuchacze bawią się najlepiej. Nie muszę przebijać się z nim przez ścianę innych dźwięków. Grając ze Stiltskin rockowe, mocne koncerty, zdaję sobie sprawę, że trochę ogłuszamy publiczność, a mój głos przestaje być na pierwszym planie. Łatwo wtedy stracić kontakt z publicznością i tę szczególną atmosferę spotkania, bycia pewną wspólnotą. Pod tym względem wzorem jest dla mnie Bruce Springsteen, który pomiędzy nawet mocnymi kawałkami świetnie opowiada o swojej młodości i doświadczeniach. Prawdopodobnie to dzięki niemu jestem muzykiem.

    Swój nowy album nagrałeś w Poznaniu.
    Niecały, tylko kilka piosenek. W MM Studio, z moim przyjacielem Przemkiem Ślużyńskim. Tutaj też nagrałem duet z Eweliną Flintą, którego nie ma na tej płycie.

    Flinta śpiewała jak nikt inny rockowe standardy z lat 60., ale gdy osiągnęła sukces, wykonując popowe piosenki w telewizyjnym show, jej urok przygasł. Po prostu nie była przekonująca.
    A kto jest prawdziwy w telewizyjnych show? Nikt! To nawet nie jest wina artystów, to wina reżyserów i ludzi, którzy kreują ten biznes, producentów. Dlatego omijam takie programy z daleka. Tam wszystko musi być sformatowane do przeciętnego poziomu głupoty.

    Wracając do albumu - czy twoje poznańskie doświadczenia zawarłeś w piosenkach?
    Ze trzy, cztery rzeczywiście powstały pod wpływem życia tutaj i spotkania z Gosią. Jeśli jesteś szczęśliwy w miłości, masz szczęśliwe życie.

    Miłość podobno nie służy artyście. Przykładem Paul McCartney. Dopiero teraz, gdy rozstał się z Hearther Mills, nagrał coś ciekawego.
    Możesz mieć rację z tą zależnością. Faktycznie, jego nagrania z ostatnich lat to szmira, ale wcześniej był przecież szczęśliwy z Lindą McCartney, a i tak nagrał solo i z Wings wiele wspaniałej muzyki. Z mojego punktu widzenia, mając już wiele doświadczeń życiowych, jesteśmy w stanie docenić nawet te złe chwile i uczynić z nich inspirację.

    Napisałeś zatem piosenki o dobrych chwilach?
    Nie tylko, ale konkluzja jest rzeczywiście pozytywna. Jeśli moja muzyka ucierpi przez moje szczęście - trudno. Takie jest życie.

    Na koniec pytanie, które trochę wahałem się zadać. Dobrze wiesz, że do końca życia z Twoim nazwiskiem związany będzie zwrot "były wokalista Genesis". Jak to jest być "byłym"? Czujesz złość, że pomimo wielu własnych sukcesów, zostałeś w ten sposób zaszufladkowany?
    Całe doświadczenie z Genesis polega na tym, że byłem wokalistą naprawdę doskonałego zespołu, po takich gigantach jak Peter Gabriel czy Phil Collins. Nie potrafię patrzeć negatywnie na tamten etap w moim życiu. Gdy teraz gram jeden, drugi czy piąty koncert w Polsce, to w największej mierze jest tak dlatego, że 9 lat temu przyjechałem tu właśnie z Genesis. Nie miałem rodziny, byłem młody, więc fakt, że straciłem dom, nie był dla mnie tragedią. W końcu to tylko cegły.
    Jedyna rzecz, która powoduje mój żal, to sposób, w jaki się rozstaliśmy, za sprawą menedżerów zespołu. Powiem wprost - zostałem po prostu... wydymany. Mieliśmy kontrakt, ale po prostu nie było mnie stać na to, żeby się procesować. Najgorsze było to, że rozstanie nie było koniecznością. Rozumieliśmy się i jako ludzie, i jako muzycy. Byliśmy oczywiście zupełnie różnymi ludźmi - oni z Północnej Anglii, ja ze Szkocji, oni z klasy wyższej, doskonale wykształceni na najlepszych uczelniach, a ja z prostej, szkockiej rodziny.
    Ale to nie był problem, byłem wystarczająco dobry, by śpiewać z każdym. Po prostu szkoda, że nie skończyliśmy tego, co zaczęliśmy, nie nagraliśmy razem drugiej płyty, która mogłaby być naprawdę dobra. Decyzja, by mnie zwolnić, wyniknęła z czyjegoś widzimisię, że amerykański rynek nie zareagował na moją osobę pozytywnie, bo w Stanach płyta nie sprzedała się tak, jak oczekiwano. I to już mówi wszystko o współczesnym biznesie - dyktat marketingu jest wszechmocny, nawet taka potęga jak Genesis jest jego zakładnikiem.

    CV
    Ray Wilson
    (ur. 1968 w Dumfries) szkocki wokalista, autor tekstów, solista i lider zespołu Stiltskin, a w latach 1997 - 1998 wokalista grupy Genesis, z którą nagrał album "Calling All Stations" i pochodzące z niej przeboje "Congo" i "Not About Us". Po Johnie Porterze i Nigelu Kennedy kolejny znany brytyjski muzyk, który zamieszkał w Polsce.

    Sonda

    Z jakiego środka transportu w mieście najczęściej korzystasz?

    • autobus (35%)
    • samochód (27%)
    • tramwaj (19%)
    • metro (9%)
    • na piechotę (7%)
    • rower (2%)
    • inne (2%)