Mówi się o nim, że jest pierwszym Polakiem w NBA. Zdążył się już do tego przyzwyczaić. Teraz, po latach, wraca do Legii, aby pomóc jej w awansie do Tauron Basket Ligi. Cezary Trybański opowiada o swojej karierze w najlepszej lidze świata oraz o kulisach powrotu do warszawskiego klubu.

Mówi się o Tobie, że jesteś pierwszym Polakiem w NBA. W mediach spotyka się takie określenie na każdym kroku. Nie przeszkadza Ci to?
Szczerze powiedziawszy, zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, bo praktycznie każdy wywiad zaczyna się od tego pytania.

Opowiedz więc, jak to było w 2002 roku, kiedy dowiedziałeś się, że zagrasz w najlepszej koszykarskiej lidze świata.
Mój kontrakt w Polsce dobiegł końca i postanowiłem wyjechać do innego klubu, do Europy. Nawiązałem współpracę z agentem ze Stanów, który wiedział, że sezon tutaj się już skończył i że nie będę miał warunków do trenowania, więc zaprosił mnie do USA. Tam miałem się przygotowywać do ewentualnych testów w Europie. Podczas tych treningów dostałem sygnał od agenta, że jest możliwość, żeby pokazać się skautom z NBA. Stwierdziłem „Czemu nie, skorzystam z szansy”. Gra w NBA była moim marzeniem. Zresztą nie tylko moim, ale chyba każdego adepta koszykówki. Odbyłem testy, po których dziewięć drużyn zaprosiło mnie na indywidualne treningi na swoje obiekty. Na tyle im się spodobałem, że każda wyraziła chęć pozyskania mnie w swoje szeregi.

Pamiętasz, jakie to były zespoły?
Oczywiście. Poza Memphis Grizzlies, były to takie kluby, jak New York Knicks, Detroit Pistons, Minnesota Timberwolves, San Antonio Spurs, Orlando Magic, Sacramento Kings, a także Portland Trail Blazers.

Miałeś jakieś obawy przed wyjazdem? Były trudne początki?
Tak jak mówiłem, nastawiłem się na to, że będę grał w Europie, a wszystko potoczyło się trochę inaczej, więc było to dla mnie zaskoczeniem. Nadarzyła się okazja, żeby podpisać ten kontrakt, podpisałem i wtedy żyłem tylko tym, że spełniają się moje marzenia. Dopiero kiedy wróciłem na krótkie wakacje do Polski, zdałem sobie sprawę, że nie będzie mnie w kraju i że będę z dala od rodziny. Na początku problemem była też bariera językowa, szybko musiałem nadrobić zaległości.

A jak przyjęli Cię w drużynie w Memphis?
Zostałem dobrze przyjęty. Myślę, że wszyscy zawodnicy są profesjonalistami i zdają sobie sprawę, że kiedy pojawia się nowy gracz, to trzeba mu pomóc. Mnie pod swoje skrzydła wzięli Shane Battier i Pau Gasol. Opiekowali się mną przez ten pierwszy okres i pomagali na tyle, na ile byli w stanie.

Pamiętasz swój debiut na parkiecie NBA?
Tak, to było podczas meczu wyjazdowego przeciwko Minnesota Timberwolves. Dostałem kilka minut od trenera i starałem się je wykorzystać najlepiej, jak potrafiłem. Przede wszystkim, musiałem jednak spełnić założenia taktyczne, czyli twarda walka pod tablicami oraz w obronie. Nie zdążyłem jednak zdobyć swoich pierwszych punktów. Niefortunnie, zostałem sfaulowany podczas wykonywania wsadu.

Czyli nie byłeś do końca zadowolony?
Przede wszystkim, muszę przyznać, że miałem wówczas dopiero 23 lata i trochę zjadła mnie trema, bo wystąpiłem przed 20 tysiącami ludzi, co w Polsce nawet teraz jest niemożliwe. Kiedy są jakieś ważniejsze mecze w naszej lidze i jest większa publiczność to i tak jest to zaledwie około 5 tysięcy osób. Ja wtedy po prostu wszedłem na parkiet, spełniłem założenia trenera i tak w skrócie wyglądał pierwszy mecz.

Grałeś w różnych klubach: Memphis, Phoenix, Chicago, Nowy Jork. W którym najbardziej Ci się podobało, który był najlepiej zorganizowany?
Wszystkie kluby w NBA są perfekcyjnie zorganizowane. Tam naprawdę nie można na nic narzekać. Zawodnik ma się skoncentrować tylko i wyłącznie na grze, ma przyjść i odbyć trening. Ale z tych wszystkich klubów chyba jednak najbardziej podobało mi się w Phoenix Suns. Kiedy tam przyjechałem, była bardzo młoda drużyna, pojawiło się wielu młodych zawodników, którzy, tak jak ja, dopiero tam trafili i bardzo dobrze zostałem przyjęty. Pozaboiskowo poznałem też paru Polaków, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Można powiedzieć, że to jest moja zastępcza rodzina ze Stanów.

Mogłeś jeszcze pograć w NBA, w Toronto. Kontrakt nie został jednak podpisany. Co się stało?
NBA to najlepsza liga na świecie, o przyjęcie do niej stara się bardzo wielu zawodników i nie każdy dostaje szansę, aby w ogóle w niej zagrać. Ja zostałem zaproszony przez klub na obóz, żeby walczyć o miejsce w składzie. Byłem bliski tego celu, ale ostatecznie nie doszliśmy do porozumienia. Działacze i trenerzy zaproponowali mi jednak grę w D-League, czyli niższej lidze. Przez cały następny sezon byłem przez nich bacznie obserwowany i stanowiłem bezpośrednie zaplecze dla pierwszego zespołu Toronto Raptors. Później, nasze drogi ostatecznie się rozeszły, ponieważ postanowiłem wrócić do Europy i tutaj rozwijać swoje umiejętności.

Grałeś w NBA z wieloma znakomitymi zawodnikami. Który z nich zrobił na Tobie największe wrażenie?
Tych zawodników było mnóstwo. Miałem okazję grać przeciwko samemu Michaelowi Jordanowi, który jest legendą i numerem jeden i długo się to nie zmieni. Grałem też z Gasolem w tej samej drużynie, z Shanem Battierem, który w zeszłym sezonie zdobył mistrzostwo. Myślę, że można byłoby ich wymienić jeszcze dużo więcej.

Masz porównanie pomiędzy polską ligą a NBA. Powiedz, jakie są różnice niewidoczne gołym okiem dla przeciętnego kibica, a widoczne dla zawodnika.
Przede wszystkim organizacja. Tam zawodnik koncentruje się tylko na treningu, wszystko jest przygotowane - sprzęt, stroje - wszystko czeka na nas. Przychodziliśmy na treningi, przebieraliśmy się i graliśmy. Pamiętam taką zabawną historię, kiedy grałem w Pruszkowie i trafił do nas zawodnik z NBA – Oliver Miller. Po treningu zdjął strój, położył go na środku szatni i wyszedł. Wszyscy byli zdziwieni. Jak to można sobie tak zostawić strój i wyjść? Co się okazało? Że w NBA właśnie tak to funkcjonuje - zostawiasz strój, ktoś przychodzi, zabiera go do prania i na następny trening masz już czyste ubranie. Dla Olivera było to oczywiste. Dla reszty zespołu, już niekoniecznie.

Czytaj też: Cezary Trybański zagra w Legii Warszawa. To tu rozpoczynał swoją karierę

Co myślisz o organizacji rozgrywek NBA? O podziale na Konferencje i dywizje? Na początku tego roku mówiło się o zmianach, o zniesieniu najpierw dywizji, a potem Konferencji, bo jest pomiędzy nimi duża dysproporcja - Zachodnia jest od jakiegoś czasu dużo silniejsza od Wschodniej. Takie zmiany są potrzebne?
Skoro taki system do tej pory funkcjonował, to po co go modyfikować? Z drugiej strony, jeśli ktoś uważa, że może być lepiej i chce coś zmienić, to czemu nie? Jednak czy to będzie miało jakiś większy wpływ? W tej chwili najlepszy z Konferencji wychodzi i gra w finale, także nawet gdy będą ze sobą połączone, to i tak do finału dotrą wyłącznie ci najlepsi.

Przeszkodą były też odległości, jednak teraz wszędzie można polecieć samolotem i już nie stanowi to takiego problemu.
Zdecydowanie, tak jak wspomniałem, kluby są tam doskonale zorganizowane i lot samolotem nie jest problemem. Teraz na pokładzie można zjeść kolację, jest również kucharz, który kontroluje posiłki. W Polsce nie ma takich warunków, ale głęboko wierzę, że w najbliższej przyszłości sposób organizacji i funkcjonowania klubów będzie zmieniał się na lepsze.

Ostatnio piłkarze Legii polecieli na mecz samolotem.
Może koszykarze już wkrótce również zaczną podróżować w ten sposób (śmiech). Na razie jednak nie to jest najważniejsze. Trzeba skupić się na tym sezonie.

Niektórzy twierdzą, że nie wykorzystałeś swojego potencjału w NBA. Nie sprostałeś wymogom, nie spełniłeś oczekiwań. A Ty jesteś zadowolony ze swojego pobytu w USA?
Nie podchodzę do tego w ten sposób. Dla mnie było to spełnienie marzenia z dzieciństwa. Zdawałem sobie sprawę, że kiedy wyjeżdżałem z Polski, byłem niedoświadczonym zawodnikiem, bo zacząłem swoją karierę w wieku 17 lat i w sumie mało czasu spędzałem na parkiecie. Jednak ktoś zobaczył we mnie potencjał, stwierdził, że można zaryzykować i zaprosić mnie na pokazowe treningi oraz mecze ligi letniej. Swój pobyt w NBA potraktowałem jako bezcenną naukę, możliwość nadrobienia zaległości fizycznych i taktycznych. Ponadto, mogłem na co dzień podpatrywać najlepszych zawodników na świecie. Nie każdy ma taki komfort, dlatego ze swojego pobytu w NBA starałem się wyciągnąć dla siebie jak najwięcej.

Można powiedzieć, że przetarłeś szlaki w NBA innym Polakom?
Myślę, że tak. Pamiętam, kiedy trafiłem do ligi, miejscowa gazeta napisała o mnie, że przyjechałem z Polski i tak naprawdę nie wiadomo skąd się wziąłem. Dzięki temu artykułowi skauci zaczęli zwracać większą uwagę na Polskę. Wtedy mało kto w ogóle wiedział, gdzie leży nasz kraj.

Śledzisz teraz rozgrywki NBA? Masz swojego faworyta?
Staram się, ale wiadomo, że zmiana czasu trochę to utrudnia. Poza tym muszę koncentrować się na swoich zajęciach, treningach, przygotowaniach do meczów. Faworyt? San Antonio. Wreszcie udało im się zdobyć mistrzostwo, trzymałem za nich kciuki też rok wcześniej. Wtedy się nie udało, ale teraz są mistrzami i bardzo się z tego cieszę.

Wróciłeś po latach do Legii. Można powiedzieć, że to powrót do korzeni.
Zgadza się, tutaj zaczęła się moja przygoda z koszykówką. Tak się też złożyło, że obecny asystent trenera był moim pierwszy szkoleniowcem, przy nim stawiałem swoje pierwsze kroki. Cieszę się, że mogłem tutaj wrócić.

Jak to się stało, że podpisałeś kontrakt z Legią?
To wszystko było dla mnie dużym zaskoczeniem. Zadzwonił do mnie trener Chabelski, zaprosił na rozmowę. Myślałem, że to będzie takie spotkanie koleżeńskie, bo często spotykaliśmy się na Bemowie, wspominaliśmy stare czasy. Ale później przedstawiono mi projekt odrodzenia koszykarskiej potęgi, który mi się bardzo spodobał. Do tego doszła jeszcze opcja z akademią dla najmłodszych adeptów basketu. Praca z młodzieżą w przyszłości jest moim marzeniem – w Stanach ukończyłem specjalne kursy trenerskie. Stwierdziłem więc, że byłoby fajnie być częścią tego projektu.

Właśnie, bo być może nie wszyscy wiedzą, że Twoją rolą będzie nie tylko gra w Legii.
Przede wszystkim jestem tutaj jako zawodnik i na tym skupiam się w pierwszej kolejności. Na pewno, znajdę również czas na rozwój akademii, ale nie zapominam o tym, że przyszedłem do Legii, aby pomóc jej w awansie do Tauron Basket Ligi. Na chwilę obecną wiem, że trwają rozmowy ze sponsorami, którzy chcieliby wesprzeć akademię. Cierpliwie czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

Jesteś też elementem strategii marketingowej, masz przyciągnąć kibiców, wspomóc klub wizerunkowo. Podoba Ci się ten pomysł?
W Stanach tego typu działania to była norma. Ściągało się wielu zawodników z doświadczeniem, którzy mieli tworzyć siłę zespołu i wspierać działania promocyjne. Myślę, że Legia, czerpiąc doświadczenie z piłki nożnej, też poszła w tym kierunku i jestem zadowolony, że mogę w tym uczestniczyć.

Macie za sobą okres przygotowawczy. Niedawno graliście w Mazovia Cup w Legionowie, ale nie powiodło wam się - zajęliście ostatnie miejsce. Z czego to wynikało?
Trener miał konkretny plan przygotowań, który realizowaliśmy według wskazówek i zapewne celował on z formą na pierwsze mecze sezonu. Rozgrywki ligowe są dla nas najważniejsze, a turniej w Legionowie służył wyłącznie celom treningowym.

Czytaj też: Mazovia Cup 2014. Koszykarze Legii na czwartym miejscu

A jak jest ze zgraniem drużyny?
Z każdym treningiem widać poprawę. Nadal się docieramy. Koledzy przyzwyczajają się do mojego wzrostu. Gra z takim zawodnikiem, jak ja, to prawdziwe wyzwanie rozgrywających. Wszystko zmierza jednak we właściwym kierunku i jestem przekonany, że już wkrótce będzie widać tego efekty.

Wystartowała liga. Jakie macie cele na ten sezon?
Przede wszystkim skupiamy się na każdym kolejnym meczu. Uważam, że awans do fazy play-off jest w naszym zasięgu. Jeśli zrealizujemy ten cel, później wszystko jest możliwe.

Wiecie już, kiedy zagracie w odnowionej hali na Bemowie?
Nie mam pojęcia. Ja koncentruję się na treningach, a to, kiedy wejdziemy na naszą halę, to zależy raczej od działaczy. Póki co trenujemy na Wilanowie i tam zagramy też swój pierwszy mecz w Warszawie. Mamy jednak nadzieję, że remont skończy się szybko i wkrótce będziemy mogli zagrać na Bemowie przy pełnych trybunach.

Wierzysz w to, że z Twoją pomocą faktycznie może dojść do odrodzenia potęgi, o którym mówi Bogusław Leśnodorski, i Legia przestanie być kojarzona przede wszystkim z piłką nożną, a zacznie też z koszykówką?
Gdybym nie wierzył w ten projekt, nie byłoby mnie w Warszawie. Wciąż jestem w stanie wiele dać zespołowi na parkiecie nie tylko poprzez dobrą grę, ale również doświadczenie, które zebrałem za granicą. Piłkarska Legia jest najlepszym klubem w Polsce. Jeśli uda nam się wywalczyć awans do Tauron Basket Ligi, o sekcji koszykarskiej również zrobi się głośno.

Zostaw e-mail, a my dostarczymy Ci najświeższych informacji

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!