- Wiatraki mają stanąć w odległości 310-470 metrów od granic mojego siedliska - mówi Wojciech Lewicki

- Wiatraki mają stanąć w odległości 310-470 metrów od granic mojego siedliska - mówi Wojciech Lewicki. (© Fot. Maciej Jędrzyński)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Sprawa planowanej budowy wiatraków w gminie Starogard Gd. może znaleźć swój finał w sądzie. Wiadomo, że w najbliższych dniach trafi do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Gdańsku. To inicjatywa mieszkańców gminy.

Prywatny inwestor chce wybudować w gminie 6 elektrowni wiatrowych, każda o wysokości około 140 metrów i mocy 2 MW. Zgodnie z przyjętym przez radnych gminy planem zagospodarowania przestrzennego, trzy z nich znajdą się na terenie Jabłowa (2) i Dąbrówki (1).

Wojciech Lewicki z Jabłowa wraz z mieszkańcem Dąbrówki chcącym zachować anonimowość, skierował do Rady Gminy Starogard Gd. wezwanie do usunięcia naruszeń powstałych poprzez przyjęcie tejże uchwały. Zdaniem mieszkańców doszło do naruszenia procedur związanych z uchwaleniem planu. Uchwała została zaskarżona przez mieszkańców do wojewody.

- Wiatraki mają stanąć w odległości 310-470 metrów od granic mojego siedliska - mówi Wojciech Lewicki. - Chcąc rozbudowywać swoje gospodarstwo będę zmuszony zbliżać się z zabudowaniami do granic mojego gospodarstwa, a więc do tych wiatraków. One zniszczą krajobraz, obawiamy się hałasu, no i spadnie też wartość mojej ziemi.


Rada Gminy jednak nie zajmowała się uchyleniem uchwały.

- Wojewoda stwierdził, że wszystko jest zgodne z prawem, więc nie mamy powodów, dla których mielibyśmy uchylać uchwałę - mówi Jan Wierzba, przewodniczący Rady Gminy.

Wojciech Lewicki oraz działająca w imieniu jednego ze wspomnianych wcześniej mieszkańców Dąbrówki renomowana kancelaria prawnicza z Trójmiasta, zdecydowali się też zaskarżyć uchwałę Rady Gminy do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Wójt gminy Stanisław Połom wydał już decyzję środowiskową dla inwestora, która jest potrzebna do ubiegania się o pozwolenie na budowę. Ale do tego może być jeszcze daleka droga, bo Wojciech Lewicki zaskarżył ostatnio decyzję środowiskową do Samorządowego Kolegium Odwoławczego.


- Decyzja została wydana w oparciu o nierzetelny raport oddziaływania inwestycji na środowisko, który powstał na zlecenie inwestora - podkreśla mieszkaniec Jabłowa.

- Raport opracowali eksperci, wszystko odbyło się zgodnie z prawem, więc dlaczego nie miałbym wydać decyzji środowiskowej?
∨ Czytaj dalej

- zastanawia się Stanisław Połom.

Skontaktowaliśmy się także z przedstawicielem inwestora (spółki 3E), ale ten nie chciał rozmawiać.


Więcej w piątkowym "Dzienniku Kociewskim"

Komentarze (9)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez POLSKAPRESSE Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Grzesio (gość)

Raporty o oddziaływaniu na środowisko są obarczone są grzechem pierwotnym polegającym na tym, że to inwestor płaci za to, aby odpowiednia firma lub specjalista z zakresu ochrony środowiska wykonał takie opracowanie. Autorowi zależy więc na tym aby przedstawić inwestycję w sposób gwarantujący wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach, będącą zgodą na inwestycję. Od wiedzy i rzetelności właściwego organu zależy czy taka decyzja zostanie wydanie.

tutam (gość)

......o nierzetelny raport oddziaływania inwestycji na środowisko, który powstał na zlecenie inwestora". A co za znaczenie, kto zlecił raport? Chyba normalne, że takie rzeczy zleca inwestor, bo to na inwestorze ciąży obowiązek dopełnienia wszelkich formalności. Jeżeli p. Lewicki wie coś czym powinny się zainteresować służby śledcze, a w dodatku jest ekspertem od ochrony środowiska (mam nadzieję, że także od niewyrzucania śmieci do lasu), to niech po prostu poinformuje np. CBA, zamiast wyrastać na trybuna ludowego w lokalnej gazetce. Żałosne.

tutam (gość)

A myślałem, że to normalne w gospodarce rynkowej, że jedne grunty są tańsze, a inne droższe. Typowa polska mentalność: ja chcę kapitalizmu w sklepach, na autostradach, żeby producenci i usługodawcy zabijali się cenowo o mnie, ale moja własność musi mieć gwarancję wartości na 100000 lat. Smutne, że tacy młodzi ludzie jak p. Lewicki myślą kategoriami PRL-u, tyle że na kapitalistyczną mańkę.

AntyMcius (gość)

Hit roku. Redaktor Gajkowski- uczeń niejakiego Janusza Wikowskiego przechrzcił Jarka Sarzało na
uwaga- STRZAŁĘ.
To jest strzała w własną stopę.
http://tczew.portalpomorza.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=3197&Itemid=83

ANTYMAJ (gość)

PROTOKÓŁ RADY MIASTA z kontroli bieżącej działalności finansowej Prezydenta Miasta. Kontrolę przeprowadzono na podstawie Statutu Gminy Miejskiej Starogard Gdański, Rozdział VI – Zasady i tryb działania Komisji Rewizyjnej oraz w oparciu o plan pracy Komisji Rewizyjnej na 2009 rok. Kontrolę przeprowadzili: Tomasz Walczak – Przewodniczący Zespołu Kontrolnego, Krzysztof Skiba – Członek Zespołu Kontrolnego Marek Jankowski – Członek Zespołu Kontrolnego Ryszard Gajda - Członek Zespołu Kontrolnego Józef Muchowski - Członek Zespołu Kontrolnego Kontrolę przeprowadzono w oparciu o upoważnienia z dnia 26.02.2009. Kontrolę przeprowadzono w dniach od 27.02.2009 r. do 06.03.2009 r. 3. Wydatki poniesione na zadania rzeczowe i majątkowe Zespół kontrolny podjął temat słuszności wydawania Biuletynu Informacyjnego Urzędu Miasta „Ratusz”. Zdaniem sekretarza Miasta Zbigniewa Toporowskiego roczne wydatki na wspomniane pismo wynoszą 51 000,00 zł, z czego koszty druku wynoszą 38 000,00 zł, zaś pozostałe 13 000,00 zł to wynagrodzenie dla lokalnego dziennikarza Krzysztofa Ł. Ponadto zespół kontrolny miał zastrzeżenia co do rachunku nr 312/01 na nazwisko Janusz R. za „zdjęcie dokumentujące zdarzenie w mieście” na kwotę 1000,00 zł. Urząd wypłacił 856,00 zł. Zdaniem sekretarza miasta w miesiącu styczniu podpisana została umowa z lokalnym dziennikarzem na usługę fotograficzną do Biuletynu Informacyjnego Urzędu Miasta „Ratusz”. Przelana kwota według sekretarza dotyczyła właśnie tej usługi.

JÓZEF (gość)

'''''Chcąc rozbudowywać swoje gospodarstwo będę zmuszony zbliżać się z zabudowaniami do granic mojego gospodarstwa, a więc do tych wiatraków. One zniszczą krajobraz, obawiamy się hałasu, no i spadnie też wartość mojej ziemi'''''-- więc panie lewicki tempo w jakim pan rozbudowuje swoje gospodarstwo nigdy za pana ,życia nie zbliży do wiatraków,krajobraz poprawią wręcz zrobią go ciekawszym ,jeżeli chodzi o chłas to większy wydobywa się z pańskiego gospodarstwa ,stary zdezolowany sprzęt ,drące zwierzaki itd.. a wartość pańskiej ziemi zawsze będzie dla pana taka sama czyli bezcenna.

natura (gość)

Czy ochrona przyrody zgodnie z prawem UE ogranicza się do obszarów Natura 2000

W powszechnym mniemaniu działanie Dyrektywy Siedliskowej ogranicza się do obszarów Natura 2000.

Zapominamy jednak, iż jedną z integralnych jej części jest załącznik IV, w którym wyszczególnione są gatunki roślin i zwierząt podlegające ochronie w całej Europie. W Załączniku tym znajdziemy wszystkie gatunki z Załącznika II oraz cały szereg gatunków, których w nim nie ma (z częstszych na terenie naszego kraju wymieńmy choćby jaszczurkę zwinkę lub rzekotkę drzewną), i one również są częścią ochrony gatunkowej wynikającej z Dyrektywy 92/43/EEC.
Kolejną Dyrektywą, która ma wielkie znaczenie dla ochrony gatunków roślin i zwierząt jest tzw. Dyrektywa Szkodowa, przetransponowana do polskiego porządku prawnego Ustawą z dnia 13 kwietnia 2007 roku, do której wydane zostały dwa wykonawcze Rozporządzenia Ministra Środowiska.
Co więcej, w polskiej ustawie implementującej Dyrektywę Szkodową zrównano niejako w prawach gatunki z Załącznika IV oraz gatunki podlegające ochronie na mocy prawa krajowego, wymienione w Rozporządzeniach Ministra o ochronie gatunkowej roślin, grzybów i zwierząt – nabrały więc one znaczenia także w punktu widzenia prawa europejskiego.

Konsekwencją wyżej wymienionych aktów prawnych jest konieczność przeprowadzenia, rzetelnej i uwzględniającej aktualne dane naukowe, oceny wpływu przedsięwzięć i planów (o możliwym/potencjalnym wpływie na środowisko przyrodnicze) także dla wszelkich inwestycji potencjalnie szkodliwych dla siedlisk przyrodniczych, chronionych gatunków roślin, grzybów, zwierząt oraz ich siedlisk także poza obszarami Natura 2000.

Jak uczy obecne doświadczenie związane z oceną projektów aplikujących do Regionalnego Programu Operacyjnego – oceny oddziaływania są powszechnie pomijane, a inwestorzy zwalniani z ich wykonywania przez organy ochrony przyrody (wójtów, burmistrzów, prezydentów miast). Jest to praktyka niebezpieczna zarówno dla przyrody jak i dla samorządów – wykonanie inwestycji bez odpowiedniej dokumentacji może być bowiem powodem cofania dotacji przez Komisję Europejską, która może uznać że Państwo Członkowskie (w tym wypadku Polska) nie spełniło wymogów prawa europejskiego w zakresie Dyrektyw dotyczących ocen oddziaływania na środowisko.

http://www.natura2000.pl/index_poradnik.php?dzial=2&kat=13#hop

gajowy (gość)

A czy pan Lewicki zastanawiał się że jego krowy świnie i inne bydło śmierdzi z odległości większej niż 310-470 metrów?Czy komuś to przeszkadza?Czy ktoś się żali?W głowie mu się przewróciło i myśli że dalej pozostaniemy zaściankiem i będziemy szczekać na wiatraki.

artykuł z ND (gość)

"Nieopłacalne wiatraki"-

W Polsce jesteśmy świadkami boomu na elektrownie wiatrowe. Powstało ich na razie co prawda stosunkowo niewiele, ale inwestorzy mają bardzo ambitne plany zakładające wybudowanie siłowni o mocy kilkudziesięciu tysięcy megawatów. Jeszcze kilka lat temu takie informacje byłyby zapewne przyjmowane z entuzjazmem, ale teraz, gdy wiemy, co ze sobą niosą wiatraki, entuzjazmu już nie słychać. Coraz częściej bowiem dochodzą do nas głosy o negatywnych skutkach ekologicznych i gospodarczych budowy siłowni wiatrowych.

Okazuje się, że nie jest to wcale panaceum na rozwiązanie kłopotów z dostawami energii, a wręcz przeciwnie - siłownie wiatrowe niosą ze sobą nowe problemy. Warto więc poważnie się zastanowić nad sensem wspierania przez państwo i samorządy lokalne tego typu inwestycji.
Energia z wiatraków jest uznawana za zieloną energię, ale i ten pogląd jest coraz częściej kwestionowany, gdyż koszty ekologiczne ich budowy przewyższają ewentualne korzyści. W dodatku pod znakiem zapytania staje ekonomiczny i gospodarczy sens instalowania farm wiatrowych w Polsce. Przede wszystkim wbrew temu, co głoszą zwolennicy energii z wiatru, nie spowoduje ona wyłączenia ani jednej elektrowni węglowej, co więcej - trzeba budować zapasowe nieduże elektrownie gazowe, które będą pracować w bezwietrzne dni i zastępować wiatraki. Poza tym prąd z siłowni obracanych siłą wiatru jest o wiele droższy niż z tradycyjnych źródeł, dla gospodarstw domowych oznacza to w takim razie podwyżki kosztów utrzymania. Pamiętajmy też o tym, że w krajach, gdzie budowane są takie siłownie, potrzebne jest ogromne wsparcie finansowe państwa dla inwestorów. W Polsce musiałoby być podobnie, tylko skąd wziąć na to pieniądze?

Lobby ma wielką siłę
Jeszcze do niedawna krytykom czy nawet sceptykom dostrzegającym pewne niebezpieczeństwa związane z ekspansją elektrowni wiatrowych trudno było się przebić ze swoimi argumentami do społeczeństwa. Zalewani bowiem byliśmy swoistą propagandą, jakie to ogromne korzyści odniesie nasz kraj, gdy zainwestuje w ujarzmienie wiatru. Energia, której źródłem były ruchy mas powietrza, miała zapewnić nam bezpieczeństwo dostaw prądu dla gospodarstw i przemysłu, dzięki wiatrakom mieliśmy zrezygnować z części trujących środowisko elektrowni węglowych. Jednym słowem, zyskać miały i środowisko, i gospodarka. Na szczęście nie wszyscy w Polsce ulegli tej propagandzie i zaczęło pojawiać się coraz więcej głosów kwestionujących zasadność stawiania w naszym kraju ogromnych wiatraków, gdyż są one nieopłacalne.
Dlaczego jednak ten biznes się kręci? Na razie w Polsce moc zainstalowanych siłowni wiatrowych wynosi około 550 MW, czyli odpowiada to jednemu średniemu blokowi energetycznemu w elektrowni węglowej. Jednak jak wynika z oficjalnych danych instytucji państwowych, lawinowo rośnie zainteresowanie inwestorów budową farm wiatrowych. O ile do końca grudnia ubiegłego roku wystąpili oni o warunki przyłączenia do sieci dla farm wiatrowych o mocy prawie 7 tys. MW, o tyle teraz jest to już 12 tys. MW. Ale plany inwestorów są jeszcze ambitniejsze, ponieważ cały czas zgłaszane są nowe projekty. Gdyby w przyszłości wszystkie je zrealizować, mielibyśmy energię z wiatru o mocy ponad 70 tys. MW - czyli znacznie więcej niż wynosi nasze roczne zapotrzebowanie na prąd (!). Wiadomo, że nie wszystkie projekty zostaną sfinalizowane, ale już te powyższe dane świadczą o tym, że koncerny energetyczne zwietrzyły niezły interes w wiatrakach. Jeśli bowiem pojawiła się okazja do zarobienia grubych pieniędzy na ekologii, to one po prostu w to wchodzą, licząc na to, że rząd dołoży im sporo pieniędzy do budowania "alternatywnych źródeł energii". Dodatkowo lobby wiatrowe prowadzi zakrojone na szeroką skalę działania lobbingowe, aby przekonać władze wszystkich szczebli i społeczeństwo, jakie to odniesiemy korzyści z postawienia na prąd z wiatru. Jesteśmy wręcz szantażowani, że np. tylko dzięki wiatrakom najszybciej zrealizujemy zobowiązania unijne dotyczące pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Ale oczywiście lobbyści mniej mówią, czy nawet wcale nie mówią, o kosztach związanych z tymi inwestycjami.

Pomalowane na zielono
Jeszcze do niedawna elektrownie wiatrowe miały zagorzałych zwolenników wśród organizacji ekologicznych, ale i one zaczynają się powoli wycofywać z popierania budowy wiatraków w Polsce. Nie mówią już, że wiatraki to zielona energia, ale tylko energia "pomalowana na zielono". Tak się bowiem składa, że akurat w naszym kraju takie instalacje można stawiać głównie w pasie północnym - nad morzem i w rejonie mazurskiej Krainy Wielkich Jezior, czyli na niezwykle cennych przyrodniczo terenach. Tam po prostu są najlepsze warunki przyrodnicze, ponieważ wiatr wieje z odpowiednią siłą, i co najważniejsze - liczba wietrznych dni w ciągu roku jest najwyższa. A to oznacza, że wiatraki będą najefektywniej pracować właśnie tu. To rodzi jednak określone konsekwencje dla przyrody.
Profesor Piotr Jaroszyński, kierownik katedry Filozofii Kultury KUL, wskazuje na zniszczenie naturalnego krajobrazu przez wielkie wiatraki. Mają one często po 100-150 metrów i po prostu dominują nad krajobrazem, niszcząc - jak podkreśla prof. Jaroszyński - wspaniały pejzaż nadmorskich czy mazurskich przestrzeni. Przykładem takiego niebezpieczeństwa jest choćby Suwalski Park Krajobrazowy nazywany "polską Szwajcarią". Co prawda żaden wiatrak nie stanie na terenie samego parku, ale mogą się one pojawić w jego otoczeniu, na okolicznych wzgórzach. Skandalem, według profesora, jest planowanie postawienia na tym terenie setek wiatraków. - Ten park przestanie być parkiem i stanie się wielką elektrownią - mówi prof. Jaroszyński. - Turyści i wczasowicze będą omijać to miejsce z daleka - podkreśla. I trudno nie przyznać mu racji, bo co to za atrakcja turystyczna oglądać wiatraki.
Ale nie chodzi tylko o zniszczenie krajobrazu. Przyrodnicy, ornitolodzy wskazują na szereg innych zagrożeń dla środowiska naturalnego, które powoduje sąsiedztwo farm wiatrowych. Olbrzymie skrzydła są śmiertelną pułapką dla ptaków. Okazuje się, że np. w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, gdzie stoją już tysiące wiatraków, giną co roku setki rzadkich ptaków drapieżnych, innych ptasich ofiar nikt już nawet nie liczy. Wydzielane przez śmigła dźwięki, hałas, powodują, że ptaki uciekają z tych miejsc, przenoszą swoje gniazda gdzie indziej. Co więcej, te dźwięki mogą być także szkodliwe dla ludzi, badania medyczne robione za granicą przynoszą coraz więcej dowodów na istnienie tego zagrożenia. Dlatego mieszkanie w pobliżu farm wiatrowych jest niebezpieczne dla człowieka. To prawda, że kiedyś polska wieś była pełna wiatraków pracujących jako młyny lub małe elektrownie. Ale nie porównujmy kilku-, kilkunastometrowych najwyżej budowli, doskonale wkomponowanych w krajobraz, z monstrualnymi betonowymi i stalowymi budowlami, jakie teraz nam się funduje.
W dodatku koszty ekologiczne inwestowania w wiatraki to nie jedyne straty, z jakimi będziemy mieli do czynienia. Ten rodzaj energetyki jest zwyczajnie nieopłacalny finansowo i gospodarczo.

Za drogo
Eksperci od dawna polemizują ze zwolennikami energii wiatrowej właśnie na gruncie gospodarczym. Podkreślają, że czerpanie energii z siły wiatru nie rozwiąże naszych problemów energetycznych, nie zapewni nam także dostępu do taniej energii. Wynika to po prostu ze specyfiki tego sektora.
Przede wszystkim musimy pamiętać o tym, że wiatr to nieprzewidywalny żywioł. Nie zawsze można z niego skorzystać. Nawet na najbardziej wietrznych terenach zdarzają się ciche dni, a wtedy elektrownie nie pracują i nie dostarczają prądu. Znowu, gdy wiatr wieje zbyt mocno, trzeba wyłączyć wiatraki, aby nie zostały uszkodzone ich śmigła. Niemcy, gdzie jest najwięcej farm wiatrowych w Europie, wydali na nie grube miliardy euro, a wiatraki zapewniają tylko 3 proc. krajowego zapotrzebowania na energię, bo są nieefektywne - teoretycznie, biorąc pod uwagę moc wiatraków, powinny zapewniać 15 proc. energii. - To jest podstawowy problem z energią wiatrową: wiatr nie zawsze wieje tam, gdzie akurat potrzeba prądu - podkreśla prof. Wolfgang Pfaffenberger z Bremen Energy Institute. Podaje przykład lata w 2003 r., gdy upalna, ale bezwietrzna pogoda wstrzymała na wiele dni pracę turbin wiatrowych w całej Europie Zachodniej i trzeba się było ratować dostawami prądu z siłowni węglowych i atomowych. To wtedy nawet część niemieckich ekologów uznała, że warto wstrzymać się z zamykaniem elektrowni atomowych do czasu, aż nie zastąpią ich inne odnawialne źródła energii niż wiatr. Z drugiej strony, gdy są dogodne warunki do produkcji energii, nie udaje się wykorzystać całej siły wiatru, bo nie ma możliwości magazynowania nadmiaru prądu. Nikt bowiem nie wymyślił technologii budowy np. wielkich akumulatorów.
Jak w takiej sytuacji można mamić Polaków obietnicami, że oto gdy postawimy turbiny wiatrowe, to będziemy mogli zamknąć elektrownie węglowe i dzięki temu nasze środowisko będzie czystsze, gdyż do atmosfery nie trafi dwutlenek węgla i inne gazy? Co więcej, stawiając wiatraki, musimy inwestować w tradycyjne siłownie! - Jeżeli nadal tak szybko jak obecnie będzie rosło zainteresowanie inwestorów budową wiatraków, konieczne będzie wybudowanie zwykłych elektrowni zastępujących je przy bezwietrznej pogodzie - mówi bez ogródek Stefania Kasprzyk, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Operator zarządzających wszystkimi sieciami przesyłowymi w naszym kraju. Prezes Kasprzyk pokazuje prostą zależność: gdyby w naszym kraju powstały farmy wiatrowe o mocy "tylko" 8 tys. MW, to trzeba będzie postawić także zwykłe elektrownie rezerwowe o mocy prawie 2 tys. MW (!). To zaś oznacza ogromne koszty rzędu 7-8,5 mld zł i to zakładając, że stawiamy tańsze siłownie na gaz, a nie na węgiel. PSE Operator już projektuje takie elektrownie. Kto sfinansuje te inwestycje? Firmy energetyczne, czyli faktycznie odbiorcy prądu, my wszyscy, gdyż wątpliwe jest, aby budżet państwa wyłożył na to pieniądze. Specjaliści od energetyki wskazują na jeszcze inny aspekt. Takie rezerwowe elektrownie nie będą pracowały przecież cały rok, dlatego prąd, jaki będziemy z nich otrzymywać, będzie musiał być bardzo drogi, aby inwestycja się zwróciła. I znowu zobaczymy te koszty na swoich rachunkach za prąd. Gdzie w takim razie jest ta tania energia wiatrowa?
Docent Andrzej Strupczewsk i i inni specjaliści wskazują na to, że koszt wytworzenia prądu z wiatru jest w tej chwili najdroższy nie tylko w Polsce, ale i w krajach zachodnich. Państwowa Izba Kontroli (The National Audit Office) w Wielkiej Brytanii podała w swoim raporcie, że rozwijanie energetyki wiatrowej "jest najdroższym ze znanych sposobów redukcji poziomu dwutlenku węgla w atmosferze". Dlaczego, skoro wydaje się, że budowa jednej siłowni nie jest droga? Chodzi właśnie o wspomniane wyżej koszty wytwarzania prądu przy pomocy siły wiatru. Niemcy twierdzą przy okazji, że "sen o przyjaznej środowisku energii zmienia się w wysoko dotowaną z kasy państwowej dewastację krajobrazu" ("Der Spiegel"). Bo gdyby stosować rynkowe zasady wobec energii wiatrowej, to nikt rozsądny nie chciałby jej kupować, skoro jak wspomnieliśmy wyżej, jest ona kilka razy droższa od konwencjonalnej. We Francji Électricité de France płaci trzy razy więcej za energię wiatrową niż pochodzącą z siłowni atomowych, podobne relacje w innych państwach dotyczą elektrowni węglowych. W Niemczech planowana jest budowa dużej elektrowni wiatrowej na morzu. Kilowat energii, która będzie z niej pochodziła, ma kosztować ponad 9 eurocentów, a cena za prąd z innych źródeł jest trzy razy niższa. Dopiero za 10-12 lat cena ma spaść do 6 eurocentów.

Bez dotacji ani rusz
I tu wkracza państwo, dotując prąd z wiatru. Tylko dzięki tym dopłatom opłaca się go kupować zakładom energetycznym i odsprzedawać potem klientom. Bogate Niemcy, gdzie od lat silne było lobby ekologiczne i partia Zielonych, na to było stać, choć już teraz widzą, jakie to stanowi obciążenie dla ich finansów. Ale Polska jest na to za biedna. Jeśli jednak ktoś już postawi w Polsce wiatrak, PSE musi od niego kupować wytworzoną energię. Potem będzie ją "mieszać" z prądem z elektrowni węglowych i sprzedawać gospodarstwom domowym i przedsiębiorstwom. W tej sytuacji wzrosną na pewno ceny prądu. Część ekspertów jest nawet przekonana, że to może dobić naszą gospodarkę, ponieważ drastycznie wzrosną koszty, spadnie też konsumpcja, bo więcej pieniędzy będziemy wydawali na zakup energii. Recesja - i to o wiele większa niż teraz - murowana.
I jeszcze jeden ekonomiczny argument, który powinien działać na wyobraźnię choćby rolników czy innych osób gotowych wydzierżawiać lub sprzedawać swoją ziemię pod farmy wiatrowe. Wszędzie, na całym świecie, prowadzą one do ogromnych spadków wartości gruntów w pobliżu wiatraków. Nikt bowiem nie chce budować domów, sklepów czy innych zakładów pracy w pobliżu gigantycznych śmigieł, ponieważ to za bardzo uciążliwe sąsiedztwo.
Krzysztof Losz
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20090727&typ=my&id=my11.txt