Z Leszkiem Miklasem, prezesem Legii Warszawa, rozmawiają Rafał Romaniuk i Hubert Zdankiewicz. Kiedy na Legii będzie wreszcie normalnie - bez konfliktów i podziałów? Mam nadzieję, że niebawem.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Z Leszkiem Miklasem, prezesem Legii Warszawa, rozmawiają Rafał Romaniuk i Hubert Zdankiewicz.

Kiedy na Legii będzie wreszcie normalnie - bez konfliktów i podziałów?

Mam nadzieję, że niebawem. Podobało mi się zachowanie kibiców podczas rewanżu z Broendby Kopenhaga. Raz czy dwa pojawiły się co prawda okrzyki zapewniające o "sympatii" do ITI czy mojej osoby, ale ogólne wrażenie było dobre. Właśnie na taki doping liczymy, tworząc nową trybunę ultras na stadionie.

Czy jest w ogóle jeszcze dialog między klubem a kibicami? Gdy rozmawialiśmy ostatni raz, mówił Pan, że się nie ugnie i nie siądzie do rozmów z SKLW.
To nie jest tak, że my nie chcemy rozmawiać. Bez przerwy prowadzimy dialog z różnymi kibicami. Z jednym zastrzeżeniem: chcemy to robić tylko z ludźmi, którzy są rozsądni. Takimi, którzy przyznają a priori, że prawo musi być przestrzegane.

Co dokładnie Pan przez to rozumie?
Na przykład to, że nie chcemy wulgaryzmów na trybunach czy pokazów pirotechnicznych. Teraz akurat ich nie ma, chyba z obawy przed nową ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych, która zaostrzyła kary za używanie rac. Nie chcemy oczywiście awantur. Tylko tyle i aż tyle.

Legia po wydarzeniach w Wilnie raczej nie ma w zwyczaju uginać się pod żądaniami kibiców. Patrząc jednak na wydarzenia w Kopenhadze, nie lepiej było zrobić w tej sytuacji kroku w tył? Sprzedać kibicom bilety na stadionie, spisując ich dane z dowodów osobistych, tak jak o to prosili. To by najprawdopodobniej zapobiegło awanturom.
W przeszłości nie raz robiliśmy w stosunku do kibiców kroki do tyłu i za każdym razem źle na tym wychodziliśmy. Nigdy nie było tak, że ktoś te kroki docenił. Przed meczem w Kopenhadze podkreślaliśmy, że nikt nie kupi na miejscu biletu na sektor gości. Nie wiedzieliśmy, jak się zachowają Duńczycy, czy np. nie wprowadzą wolnej sprzedaży dla wszystkich.

Na to właśnie liczyli ci, którzy pojechali do Kopenhagi bez biletów.

Myśleli, że będzie jak zawsze. Z kimś tam pogadamy i coś tam załatwimy, a w ostateczności postraszymy, że wejdziemy z bramą, to na pewno nas wpuszczą. Sposobu dystrybucji biletów nie wymyśliłem w nocy poprzedzającej mecz, tylko jest to procedura UEFA, którą wdrożyliśmy. Jaka ona była, wystarczyło poczytać przed meczem na stronach Legii i Broendby. Jak słyszę, że to był problem, bo ktoś był na wakacjach, to odpowiadam. Był jeden przypadek, gdy młody człowiek zadzwonił do klubu, mówiąc, że jest w Kopenhadze i pozostanie tam jeszcze przez pewien czas. Nie opłaca mu się w związku z tym wracać do Polski tylko po to, żeby kupić bilet. Podał numer karty kibica, bilet kupiła mu mama i wysłała pocztą. Mógł odebrać voucher także u naszych przedstawicieli w Kopenhadze. Bez problemu wszedł na stadion. Czyli jednak można było sobie poradzić.

Kibice zarzucają Wam, że nie byłoby problemu, gdybyście nie ostrzegali przed nimi Duńczyków.
Bądźmy poważni. Nie musieliśmy nikogo straszyć, bo gospodarze znali z detalami przebieg wydarzeń w Wilnie. Po tym, co się wówczas wydarzyło, jesteśmy na cenzurowanym. Od wydarzeń w Wilnie rozpoczynają się wszystkie narady bezpieczeństwa przed naszymi meczami międzynarodowymi. Na każde nasze spotkanie w europejskich pucharach przydzielany jest dodatkowy obserwator do spraw bezpieczeństwa i zazwyczaj jest to człowiek z najwyższej półki UEFA. Każda odprawa techniczna zaczyna się od informacji, że na Legii ciąży kara zawieszenia i za co została orzeczona. Wisi nad nami wielka czerwona flaga i tak będzie jeszcze przez trzy lata. Duńczycy doskonale zdawali więc sobie sprawę, czym ryzykują, wpuszczając na trybuny kibiców, za których Legia nie chce wziąć odpowiedzialności. I tu wracamy do pytania, dlaczego nie zgodziliśmy się sprzedawać biletów na miejscu. Na godzinę przed meczem nie było po prostu możliwości, by sprawdzić, ilu z tych ludzi jest objętych zakazami stadionowymi. Musielibyśmy przenieść do Kopenhagi całe biuro. Właśnie dlatego prosiliśmy kibiców, by zgodzili się poddać weryfikacji w Warszawie, gdzie możemy zrobić to od ręki.

SKLW twierdzi, że kibice zostali wprowadzeni w błąd przez pana Błędowskiego. Podobno powiedział im w przeddzień meczu, że jednak będzie można kupić bilety na miejscu.
Nie byłem przy tej rozmowie, ale nie sądzę, by pan Błędowski mógł coś takiego powiedzieć. On sam twierdzi, że nie składał podobnych deklaracji i nie mam powodów, by mu nie wierzyć. Tym bardziej że od początku uczestniczył w procesie dystrybucji biletów i doskonale wiedział, jakie jest w tej sprawie stanowisko klubu. Mogę natomiast potwierdzić, że pan Błędowski zadzwonił do mnie przed meczem, pytając, czy można sprzedać im bilety po spisaniu danych. Potwierdziłem nasze wcześniejsze stanowisko z powodów, o których już rozmawialiśmy. To wszystko.

UEFA wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń w Kopenhadze. Nie obawiacie się, że kara dla Legii może zostać odwieszona?
Nie sądzę. W raporcie obserwatora UEFA była tylko jedna uwaga dotycząca Legii. Chodziło właśnie o zamieszanie pod bramą. Zostało odnotowane, że część kibiców nie mogła wejść na stadion, bo inni im tego zabraniali i że doszło do przepychanek z policją. Nie sądzę, aby na tej podstawie można było odwiesić nam karę.

Michał Listkiewicz, który od lat działa w UEFA, twierdzi jednak, że awantura pod stadionem może mieć znaczenie.
To na pewno wpłynie na to, jak jesteśmy postrzegani w Europie. Za rok, jeżeli będziemy grali w pucharach, UEFA będzie jeszcze ostrzej nas weryfikować. Czerwona flaga, o której wspominałem, jest coraz większa. Można to skomentować ironicznie, że w tej konkurencji jesteśmy dziś prawdziwą europejską elitą.

Mamy wrażenie, że czasami Legia jest zbyt restrykcyjna wobec kibiców, czym prowokuje agresję. Po co było zabraniać fanom wnoszenia megafonów na rewanż z Broendby?
Jest procedura stanowiąca, że jeśli kibice wnoszą elementy o dużych gabarytach, muszą być one zgłoszone wcześniej i sprawdzone. Musimy sprawdzić, czy nie ma tam środków pirotechnicznych, bo w przeszłości takie rzeczy się zdarzały. Nie ograniczamy dopingu. Jeśli ktoś przychodzi na mecz i 15 minut przed meczem chce się z bębnem wepchnąć, to nie możemy go wpuścić. Musimy być konsekwentni. Za zapalenie rac grożą nam konsekwencje. Mecz z Broendby był wyjątkowy i podjęliśmy szczególne środki bezpieczeństwa.

Nadal chce Pan wyłapywać tych, którzy wznoszą na Legii wulgarne okrzyki?
Nie wycofuję się z tego. Mamy nawet wytypowane takie osoby i wysłaliśmy im pisemne ostrzeżenia. Wiedzą, że jeśli znów to zrobią, nie będą mogli wejść na mecze. Grupa prowokująca negatywne zachowania liczy kilkadziesiąt osób.

"Fakt" napisał ostatnio, że Legia zalega zawodnikom z premiami za zdobycie wicemistrzostwa Polski. Gdy słyszymy, że na pieniądze trzeba poczekać, bo na razie brakuje ich w budżecie, można wyciągnąć tylko jeden wniosek: klub jest źle zarządzany.
Nie mogę zdradzić regulaminu premiowania, ale nie ma w nim daty, kiedy nagrody muszą zostać wypłacone. To zależy od kondycji firmy. Mogę jednak zaręczyć, że pieniądze trafią do piłkarzy. O tym, że ich na razie nie wypłaciliśmy, zdecydowały dwa fakty. Po pierwsze, na 99 proc. byliśmy przekonani, że dojdzie do transferu Jakuba Wawrzyniaka do Panathinaikosu Ateny. Nie przewidzieliśmy, że piłkarz zostanie zdyskwalifikowany za doping. To pierwszy taki przypadek w polskiej piłce. Po drugie, zakładaliśmy, że w Lidze Europejskiej zagramy w dalszym etapie.

Jednak poważny klub nie może być uzależniony od tego, jak daleko zajdzie w pucharach.
Pewnie powinien płacić zawodnikom tylko za to, że istnieją. Twierdzę wręcz, że piłkarze powinni być w całości uzależnieni od tego, jakie klub generuje przychody. Na ich szczęście póki co w polskiej lidze tak nie jest. Na razie właściciele wielu klubów inwestują swoje środki po to, by móc piłkarzy zatrzymać w klubie i konkurować w polskiej lidze i na arenie międzynarodowej. Gdybyśmy się kierowali tylko rachunkiem ekonomicznym w dniu dzisiejszym, zawodnicy zarabialiby jedną trzecią pieniędzy, które dostają teraz, i byliby uzależnieni od wyników sportowych. Na razie wystarczy, że przychodzą do klubu, trenują i grają mecze. W czasach kryzysu w wielu firmach pracownicy w ogóle nie dostają premii. Zawodnicy Legii mimo kryzysu dostaną premie, tylko trochę później. Gdyby awansowali do IV rundy Ligi Europejskiej, sytuacja byłaby nieco inna.

Skoro umawialiście się na pieniądze za wicemistrzostwo, trzeba słowa dotrzymać.
Powtarzam: nastawialiśmy się na transfer Wawrzyniaka, do którego nie doszło. Liczyliśmy na lepszy występ w pucharach. Przy konstruowaniu budżetu zakładamy różnego rodzaju ryzyko. Ale w przypadku Wawrzyniaka oceniliśmy zagrożenie jako bardzo niskie. Gdyby nie oskarżenie o doping, Grecy sfinalizowaliby transfer. W końcu zapłacili ogromną kwotę za wypożyczenie.

Od tego sezonu za transfery nie odpowiada już tylko Mirosław Trzeciak. Decyzje podejmują wspólnie Pan, dyrektor Trzeciak, trener Jan Urban i pozostali członkowie zarządu. Czy to wotum nieufności wobec Trzeciaka?
Raczej założenie dodatkowego zaworu bezpieczeństwa. Chcieliśmy, by ocena dyrektora sportowego nie różniła się od zdania trenera. Miały miejsce sytuacje, że dyrektor widział, iż zawodnik będzie dobry, ale dopiero za dwa lata. A trener potrzebował kogoś na daną pozycję natychmiast.

Trener Urban może być pewny posady? Drużyna robi postępy, ale czy nie za wolno?
Chciałbym, żeby robiła szybciej. Też czasami wolę wygraną po nudnym meczu niż remis po wspaniałym. Ale w ten sposób można patrzeć tylko na dwumecz z Broendby. Jesteśmy w sumie zadowoleni z pracy trenera Urbana. U nas nie podejmuje się decyzji pod wpływem jednego wyniku. Strategia: przegrywamy trzy mecze i szukamy trenera jest jak rzucanie kamieniem w pole minowe. A nuż się trafi i się przejdzie. A my zamiatamy sobie to pole dokładnie przed sobą i idziemy może powoli, ale jesteśmy pewni, że jak coś wybuchnie, to nas nie zniszczy. Pozycja Jana Urbana jest na pewno nie gorsza niż rok czy dwa lata temu.

Tylko czy Legia jest klubem, który można budować tak wolnymi krokami. Drużyna potrzebuje sukcesu tu i teraz.
Legia zawsze podlegała presji. Gdy popatrzymy na wyniki Legii w ostatnich pięciu latach, odkąd klub przejął ITI, to może nie było fajerwerków w postaci sukcesów na arenie międzynarodowej, ale nie zeszliśmy poniżej pewnego poziomu. Nie zajmowaliśmy 8. czy 9. miejsca. Dla mnie ważne jest, by powoli realizować cele, a nie skakać z miejsca 1. na 10. i zastanawiać się, co się stanie za rok. Moglibyśmy wybrać taką strategię, że stawiamy wszystko na jedną kartę. Ale wówczas w przypadku porażki trzeba byłoby wszystko budować od początku. Najwięcej kosztują zmiany trenerów. Bo każdy nowy szkoleniowiec chce coś zmieniać, a zmiany kosztują.

Nie ma Pan wrażenia, że w Legii jest kilku piłkarzy, którzy od długiego czasu nie spełniają oczekiwań, a mają bardzo wysokie pensje? Mowa choćby o Bartłomieju Grzelaku czy Martinsie Ekwueme.
Ekwueme to dobry zawodnik, potrafi grać w piłkę, ale pokazuje to w sparingach. Gdy przychodzi mecz Legii o stawkę, jest kiepsko. Jeśli tylko będziemy mogli zrobić jakiś ruch w jego przypadku, to pewnie zostanie on zrobiony. Umiejętności Grzelaka dalej uważamy za wysokie. Albo ma chłopak pecha. Albo specyficzny organizm. W tym roku powinien pokazać, że jego transfer nie był pomyłką. Proszę pamiętać, że zawodników nie jest też łatwo sprzedać. Na drastyczne ruchy może sobie pozwolić tylko klub zdesperowany. Czasami trzeba nad piłkarzem popracować, bo może nie wytrzymywać presji. Tak jak miało to miejsce w przypadku Piotra Gizy. Są jednak i tacy, którzy zadowolą się ławką rezerwowych. Nie każdy ma wielkie ambicje, a u nas zawodnicy bez ambicji miejsca w składzie nie znajdą.

Możemy spodziewać się, że jeszcze w tym roku Legię opuści Jan Mucha czy Jakub Rzeźniczak. Interesowały się nimi kluby z Francji.
Jano chce wyjechać, ale nie do klubu słabszego od Legii. Jednak w Europie ruchów na pozycji bramkarza wcale nie ma tak wiele. Jeśli Jan Mucha znajdzie klub, a nas zadowoli oferta, to nie będziemy robić problemu. Powtarzam od zawsze: w Legii nie ma zawodników nie na sprzedaż.

A co z Rogerem? Wrócicie do rozmów o przedłużeniu kontraktu, który wygasa w grudniu?
Przed kryzysem podjęliśmy rozmowy z Rogerem i złożyliśmy mu bajeczną jak na polską ligę ofertę. Teraz nie jesteśmy w stanie nawet jej powtórzyć. Ale nawet dla klubów europejskich oczekiwania Rogera są bardzo wysokie. Czasami można w ciepłym kraju usiąść na ławce i grzać się na niej. Było wielu, którzy przekombinowali. Mam nadzieję, że z Rogerem będzie inaczej.

Wiadomości Warszawa, Wydarzenia Warszawa

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!