- Będziemy się bronić? Chyba pan żartuje? Zmusimy Legię, by to ona się cofnęła - zapowiadał przed wczorajszym meczem w Gdyni obrońca Arki Adrian Mrowiec. Klasyczne strachy na Lachy.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
- Będziemy się bronić? Chyba pan żartuje? Zmusimy Legię, by to ona się cofnęła - zapowiadał przed wczorajszym meczem w Gdyni obrońca Arki Adrian Mrowiec.

Klasyczne strachy na Lachy. Bramkarz Legii Jan Mucha dawno się tak nie wynudził. Podobnie zresztą jak jego obrońcy. Przez 90 min Arka nie potrafiła stworzyć żadnej groźnej sytuacji. A mimo to była blisko remisu. Remisu, na który nie zasłużyła ani przez moment, co uczciwie przyznali po meczu zawodnicy z Gdyni.

Tyle że legioniści robili wszystko, by sprezentować Arce punkt. Marnowali sytuacje na potęgę, mimo że ich akcje - podobnie jak w czwartkowym spotkaniu z Broendby - znów były przemyślane i efektowne.

Co jednak z tego, skoro Marcin Mięciel i Sebastian Szałachowski prześcigali się w wewnętrznym konkursie, który z nich zepsuje lepszą sytuację. Nieco "lepszy" był "Szałach". W jednej z akcji pomocnik Legii minął rywala i musiał zauważyć, że Mięciel jest w idealnej pozycji. Nikt go nie pilnował. Mimo to Szałachowski nie zobaczył kolegi. Wolał strzelać sam, huknął obok bramki. "Miętowy" po tej akcji machnął tylko ręką. Trudno się dziwić jego irytacji.

Z minuty na minutę coraz lepiej radził sobie Rybus. Szalał na lewej stronie, był nie do zatrzymania. W pierwszej połowie trafił w słupek, w drugiej - uratował skórę kolegom. W 84. min ponad 20 m przed bramką Andrzeja Bledzewskiego sfaulowany został Miroslav Radović. Do piłki od razu podbiegł Rybus, choć wielką ochotę na strzał miał również Maciej Iwański. Niespełna 20-latek podszedł jednak do starszego kolegi i powiedział: - Dobrze się czuję, chcę uderzyć.

Iwański odszedł i dał się wykazać gołowąsowi. I dobrze, że się nie uparł. Rybus wziął rozbieg, strzelił nad murem w górny róg bramki gdynian. Bogiem a prawdą - Bledzewski spóźnił się z interwencją. Przez moment pomyślał, że piłka minie jego bramkę i nie wybił się wystarczająco wysoko. Chwila zawahania bramkarza kosztowała Arkę trzy punkty.

- Dochodząc do tego strzału, czułem dużą odpowiedzialność, ale jakbym nie strzelił, to nic strasznego by się przecież nie stało. Takie mecze jak ten mogą decydować o mistrzostwie Polski. Jak nie udaje się strzelić z akcji, to trzeba trafić ze stałego fragmentu - komentował strzelec gola.

Legia nie straciła więc dystansu do Lecha i Wisły. Trzej kandydaci do tytułu mają po sześć punktów. Warszawianie wypadli jednak najsłabiej. Niby mieli w Gdyni przewagę, niby grali efektownie, niby akcje się kleiły, ale nie był to występ przekonujący. Zwłaszcza że po meczu z Broendby zawodnicy byli zadowoleni ze swojej gry i zapowiadali, że w lidze podtrzymają dobrą dyspozycję.

- Trener w szatni był bardzo niezadowolony, tłumaczył nam, że przeciwnik jest przestraszony, że czeka na nasze ataki, liczy na jedną szybką, skuteczną kontrę - zdradził Radović, który w końcu może się nie wstydzić swojej gry.

W przeciwieństwie do Mięciela. Można by go tłumaczyć, że sparaliżowała go presja, bo grał przeciwko klubowi, w którym się wychował. Można by, gdyby mowa była o juniorze, a nie o 34-letnim zawodniku, który ma za sobą bramki w niemieckiej Bundeslidze.

Mięciel to jak na razie największe rozczarowanie Legii. Urban częściej stawia jednak na niego, a nie na Adriana Paluchowskiego.

- Spokojnie, Adriana musimy wprowadzać do zespołu bardzo powoli. Tak jak robiliśmy to z Maćkiem Rybusem i Arielem Borysiukiem - tłumaczył szkoleniowiec Legii.

Na temat postawy Mięciela wypowiedział się krótko: - Marcin pracował tyle, ile mógł. Miałem nadzieję, że wypracuje więcej sytuacji ale, niestety, nie miał ich zbyt wiele.

- Legia ma po dwóch zawodników na każdą pozycję i trener ma z kogo wybierać. Trudno wypowiadać się o swojej grze. Powiem tak: mieliśmy trzy stuprocentowe sytuacje w pierwszej połowie i powinniśmy je wykorzystać - skomentował Mięciel.

Urban stara się zachowywać cierpliwość, ale widać, że słaba postawa 34-letniego napastnika spędza mu sen z powiek. Zwłaszcza że na powrót do zdrowia Takesure'a Chinyamy przyjdzie mu jeszcze poczekać kilka tygodni. Na Barłomieja Grzelaka z tych samych powodów nie ma co liczyć.


Za tydzień Legia gra u siebie z Cracovią. Musi być szybko, łatwo i przyjemnie. No i może Mięciel strzeli. Bo z kim, jak nie z taką drużyną?

Współpraca: W. Gabis, Gdynia



Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!