Znów zrobiło się głośno o zagranicznej aplikacji, która działa na zasadzie "Tindera", a więc innego wirtualnego tworu, dzięki któremu można znaleźć druga połówkę. Na polski odpowiednik wirtualnego miejsca do hejtowania nie trzeba było jednak długo czekać.

Najpierw skupmy się na tym, co powstało za granicą. Dotychczas serca randkowiczów podbijała aplikacja "Tinder". Polega ona na tym, że użytkownicy mogą decydować o atrakcyjności osoby widzianej na ekranie - przerzucając jej zdjęcie na "tak" lub na "nie". Jeśli dwie osoby zadecydują o sobie na "tak" - mają szansę rozmawiać, a w efekcie umówić się na spotkanie. "Tinder" zaczął żyć swoim życiem, pojawiła się też polskojęzyczna wersja, a nawet mutacje dedykowane osobom o odmiennych preferencjach seksualnych. (Więcej przeczytacie tutaj: Jak działa Tinder? Tej nie lubię, tej nie pocałuję)

Powstał także Hater - aplikacja, dzięki której możemy oceniać dane wydarzenia, osoby czy rzeczy i na podstawie naszych ocen tworzona jest analiza profilu. A w efekcie - podobne do Tindera - jesteśmy parowani z inną osobą, o podobnych poglądach. Zagraniczny Hater, dostępny jest jednak wyłącznie dla telefonów iPhone, a także w angielskiej wersji językowej. Poza tym nie służy wyłącznie do manifestowania nienawiści do danych rzeczy, bo przy ocenie danego zjawiska możemy też wybrać te "pozytywne reakcje".

- W tej aplikacji można czegoś nienawidzić, czegoś trochę nie lubić, nie lubić lub wręcz kochać. Nazywa się Hater, ale mamy kilka wersji, także lubienia tych rzeczy. Tak naprawdę ta aplikacja została napisana przez komika , osobę która zajmuje się "śmiesznotami". Możemy potraktować to jako pewnego rodzaju zabawę, żart - mówi Paweł Wieczorek, medioznawca Uniwersytetu SWPS - Aplikacja jest dość skomplikowana. Nam nie działała. Przed chwilą przecież szukaliśmy osoby, która nie lubi tego samego co my, a pokazywało nam osobę oddaloną od nas o trzy tysiące osiemset mil od nas. Jest ponad dwa tysiące kategorii, żeby kogoś sobie odpowiednio do siebie dobrać, to naprawdę żmudny proces - dodaje.

Polska wersja
Na Polaków długo czekać nie trzeba było. Kilka miesięcy temu stworzona została polska aplikacja Haterick, dzięki której także możemy wyrażać swoje niezadowolenie. Ma jednak nieco inne działanie niż Hater i w polskiej wersji nie znajdziemy tak łatwo "drugiej połówki". Polega bowiem na tym, żeby - za pomocą specjalnej ikonki przypominającej płomień - "lajkować" to, czego nie lubimy. Łatwiej to wyjaśnić na przykładzie. Ktoś wstawia stwierdzenie: "Nie lubię, kiedy pada" - wówczas możemy dołączyć się tego, że również nie lubimy kiedy jest deszczowo, klikając w magiczny przycisk. Sami także możemy zgłaszać swoje niezadowolenia. Po co? - Internet jest miejscem dla każdego. Znajdują się też w nim ludzie, którzy chcą zaspokoić swoje instynkty, w jakiś sposób się wyżyć i wyrazić swoje przekonania w sposób agresywny - tłumaczy Paweł Wieczorek, medioznawca Uniwersytetu SWPS.

Dlatego na ich ratunek przychodzą twórcy aplikacji. Czy w niej pozostajemy anonimowy? Musimy ją przede wszystkim ściągnąć i zaakceptować "na wejściu" regulamin, który składa się z trzech punktów. - Nie ma tutaj żadnych sankcji dla tych, którzy go złamią. Jest to zabezpieczenie dla twórców aplikacji - dodaje Wieczorek. Akceptując zasady zobowiązujemy się do hejtowania wyłącznie rzeczy i zjawisk, a nie konkretnych osób, a także m.in. dowiadujemy się, że dzięki tej apce zobaczymy, że jest także wiele innych osób, które nie lubią tego co my. Poza tym, podczas korzystania z Haterick, mamy możliwość zgłaszania wpisów, które nam nie odpowiadają oraz - akceptacji newslettera. Czy wobec tego aplikacja handluje naszymi danymi? W jaki sposób zarabia? - Zazwyczaj twórcy aplikacji bazują na reklamach umieszczanych wewnątrz niej. Jeśli chodzi o dane - jeśli nie ma zastrzeżenia i informacji o tym, że wyrażamy zgodę na ich wykorzystywanie - nie powinny być używane nigdzie poza aplikacją - tłumaczy medioznawca.

Co więc znajdziemy na Haterick? Czego nie lubimy? Od dawna pierwsze miejsce w tzw. "Top 100" rzeczy, których najbardziej nie lubimy, znajduje się stwierdzenie: "Nie lubię, kiedy majtki wchodzą mi w d... i wstyd je poprawić". Ponad tysiąc osób (stan na 16.02) uznało to za wybitnie denerwujące. - Nie można jednoznacznie ocenić, kto korzysta z tej aplikacji. Potrzebne byłyby do tego badania. Niektóre wpisy dotyczą nas wszystkich, inne faktycznie - są bardziej związane z młodzieżą. Ale kto tak naprawdę korzysta z Haterick? Wszyscy - dodaje Wieczorkowski.



Aplikacja jest darmowa i dostępna dla użytkowników systemu Android.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!