Autor tekstu na trasie Maratonu Warszawskiego

Autor tekstu na trasie Maratonu Warszawskiego (© Bartłomiej Ryży/POLSKA)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Czuję, jakby ktoś przez cztery godziny tłukł mnie młotkiem po kostkach, biodrach i kolanach, mam gorączkę, schodzi mi paznokieć, rana w dłoni piecze tak, że chętnie pozbyłbym się całej ręki, zasypiam nad klawiaturą. Rany! Jak cudownie!

Co jest takiego pięknego w bólu, skrajnym wyczerpaniu? Świadomość, że przebiegłem 42 km 195 m, ukończyłem Maraton Warszawski. Wystarczy. Tylko po co ludzie to robią? Takie pytanie zadaje sobie każdy, kto widzi biegacza. Ba! Sam maratończyk zadaje je sobie w kółko gdzieś od 30. kilometra. Wtedy nogi odmawiają posłuszeństwa, wszystko boli, a głowa zaczyna podpowiadać różne dziwne rozwiązania. Jeszcze rano, przed biegiem myślałem, że odpowiedź na pytanie: po co? jest dosyć prosta. Posadziłem już drzewo, od trzech tygodni mam piękną córeczkę Zoję, prędko nie wybuduję domu, więc... czemu nie zrobić by czegoś niepowtarzalnego, udowodnić sobie, że granice można przekraczać, bo po to żyję. Tuż przed godz. 9. nie byłem jednak taki pewien tego, co teraz napisałem. Za chwilę miała zacząć się wielka próba. Zamiast odliczania - "Sen o Warszawie".

"Będę leciał co sił/Tam gdzie moje sny/I warszawskie kolorowe dni" - nie panikuję. To mój pierwszy w życiu maraton, ale nie pierwszy bieg. Przypominam sobie radę, jakiej udzielił mi Darek Wieczorek: świetny maratończyk (dwukrotny wicemistrz Polski) - każda minuta za szybko na początku to dwie minuty straty na końcu. Uważam. Atmosfera tłumu poniosłaby nawet kogoś, kto nienawidzi biegać. Robię szybki rachunek sumienia. Mam w nogach ponad 800 km przebiegniętych od lipca zeszłego roku. Powinno wystarczyć. Bateryjki ładowałem od dwóch dni węglami. To znaczy od dwóch dni jadłem głównie węglowodany (makarony), magazynując energię. Wciąż słyszę Niemena. Żeby zrozumieć, trzeba przeżyć bieg o 9 rano w niedzielę środkiem Nowego Światu, Alei Jerozolimskich, Marszałkowskiej... Cała ulica dla ludzi w trampkach, słońce odbija się od asfaltu, zamiast ponurego warkotu silników - gwar i tupanie. Euforia.

"Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt/Już dziś wyruszaj ze mną tam" - a w nagrodę po 15 km, zobaczysz Wisłę z mostu Gdańskiego. Tupię miarowo. Piję wodę, jak Darek przykazał: do połowy dystansu tylko woda, później - napoje izotoniczne. To ważne, by pić. W uszach mam słowa Roberta Korzeniowskiego, zasady nawadniania wykładał mi podczas biegu uliczkami Pekinu rok temu. Trzeba znać umiar. Za dużo płynów z sodem jest niebezpieczne, grozi hiponatremią, która może prowadzić do śmierci.

Gdzieś na 17. kilometrze zaczynam mieć wątpliwości. Na chodniku widzę człowieka w konwulsjach, uwijają się wokół niego sanitariusze. Zaczynam odczuwać skutki biegu po asfalcie. Już po pierwszej godzinie biegu każde zetknięcie z ziemią było jak uderzenie młotkiem w stopę. Dbając o stawy, trenowałem w lesie i parkach, asfaltu unikałem. Ciało nie było przyzwyczajone. Błąd! Przypominam sobie, że "maratończyk się nie poddaje" (to cytat z reklamy). Tupię dalej.

Po 22 km zyskuję pomoc. Na trening wybiegł kolega. Kazik dołącza do tłumu i podkręca moje tempo. Czuję, jakbym miał niespożyte siły. Już mogę pić izotoniki. Mają trochę energii, pochłaniam też banany. Kazik wraca do domu. Zostaję sam i zaczynam myśleć nad sensem biegu. Wystartowałem z raną w dłoni. Dwa dni przed maratonem zabawa w kucharza zakończyła się wizytą w środku nocy u chirurga. Mam szwy. Rana pulsuje, do środka dostaje się słony pot. Piecze. Bardzo.

Czytaj także

    Komentarze (1)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    ENRICO (gość)

    Gratuluję. Pięknie to opisałeś. Maratonu jeszcze nie przebiegłem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mógł opisać swoje przeżycia z biegu na 42 km. Pozdrawiam