Michał Urbaniak wywiad. Muzyk w rozmowie z Naszym Miastem opowiada o tym gdzie lubi zjeść w Warszawie, o tym, że chciałby do Polski przenieść klimat muzyczny Nowego Jorku oraz o swoich projektach muzycznych.

Przyszedł Pan na świat w centrum Warszawy, na ulicy Smoczej. Mija kilkadziesiąt lat, a my spotykamy się niemal w tym samym miejscu. Przypadek?
Coś w tym chyba jest, że człowiek podświadomie wraca w miejsca, z którymi wiąże go emocjonalna więź. Chodź zwiedziłem niemal cały świat, lubię tę część Warszawy. Nie ukrywam, że zależy mi, by zmieniała się, piękniała.

Stąd Pana zaangażowanie w działania Fundacji ,,Sztuka w Mieście”?
Tak, choć muszę przyznać, że czuję się nowojorczykiem. W Warszawie chciałbym odtworzyć klimat Nowego Jorku. Odtworzyć muzyczny świat, w którym czuję się najlepiej, który jest moją pasją – świat jazzu. Każdy człowiek ma swój Nowy Jork, ja chcę go mieć tutaj. Kluby muzyczne w Warszawie są obecnie w stanie ewolucji. Mam nadzieję, że już niedługo takie miejsca jak Hybrydy, Stodoła czy kluby z ulicy Próżnej czy placu Grzybowskiego będą miały w sobie coś z Nowego Jorku. Już teraz dostaję sporo zapytań o to, czy nie chciałbym być odpowiedzialny za sferę muzyczną w takich klubach.

Wracając do projektu ,,Sztuka w Mieście”. Zgaduję, że coś jeszcze będzie go wyróżniać, skoro tak mocno zaangażował się w niego Michał Urbaniak?
To prawda. Warto przypomnieć, że projekt osadzony jest w samym geograficznym centrum Warszawy. W planach jest między innymi amfiteatr czy klub muzyczny, w którym poza zwykłym posiłkiem będzie można zamówić kompozycję... Takie mam marzenia.

Rozumiem, że przyjdę z żoną na kolację, a do posiłku zamówię sobie piosenkę skomponowaną właśnie dla niej?
Choć może to wydaje się niemożliwe, tak to ma wyglądać. Projekt zakłada jeszcze wiele innych ciekawych przedsięwzięć. Wszystko jest na razie na etapie planów, nie chciałbym więc wchodzić zbyt mocno w szczegóły.

Czytaj także: Wygraj płytę Michała Urbaniaka Miles of Blue [KONKURS]

To jednak dopiero przyszłość. Tymczasem właśnie finiszuje 8 edycja Pana projektu Urbanator Days. Skąd tak wielka popularność tego przedsięwzięcia?
W muzyce trendy, mody mijają – zostają zaś artyści. To ludzie, którzy kochają muzykę, pasjonaci. Bywają i tacy, którym z różnych względów nie udało się wybić, zaistnieć czy po prostu zrealizować marzenia o wspólnym graniu i tworzeniu. Wśród nich jest kopalnia talentów i to dla nich jest Urbanator Days. To do nich skierowany jest projekt. Tym pasjonatom w czasie warsztatów udostępniamy wsparcie profesjonalnych muzyków, grających na scenach całego świata. Oddajemy im całych siebie. Doradzamy, gramy razem, wymieniamy się doświadczeniami. Wspólnie wsłuchujemy się w siebie. Razem się inspirujemy. W tym roku w Warszawie dzięki burmistrzom dzielnicy Wola oraz firmie Ghelamco Group możemy realizować Urbanator Days.

Na rynku ukazała się Pańska biografia zatytułowana „Ja, Urbanator”. To mocna rzecz, a może zastrzegł sobie Pan prawo do autoryzacji i ewentualnego cenzurowania tekstu?
Książkę napisał mój wieloletni przyjaciel Andrzej Makowiecki. Człowiek uzdolniony muzycznie, który ma także świetne pióro. Jak próbowałem mu zwrócić uwagę, że za mało w niej jest muzyki… padło krótkie, niecenzuralne zdanie. Na tym skończyło się moje ingerowanie w biografię. Ale dzięki temu wydaje mi się, że książka jest dla każdego czytelnika, także dla tego, który niekoniecznie jest zorientowany we wszystkich niuansach muzyki, jazzu…

Pomimo to w Pańskiej biografii wątków muzycznych jest co niemiara. Ja jednak chciałem zapytać o co innego. Czy kiedyś przypuszczał Pan, że zostanie filmowym odkryciem roku?
To rzeczywiście coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Z reżyserem Piotrkiem Trzaskalskim polubiliśmy się od razu, po pierwszym spotkaniu. Obaj jesteśmy pasjonatami muzyki. Okazało się, że Piotrek zrobił mi wcześniej z ukrycia zdjęcie w galerii handlowej w Łodzi. I wpadł na pomysł, że mogę zagrać w jego filmie. Miałem zdjęcia próbne etc. To była wielka przygoda w moim życiu.

Na tyle, że stał się Pan między innymi gwiazdą festiwalu filmowego w… Tallinnie. Za rolę w produkcji „Mój rower” zdobył Pan nagrodę dla najlepszego aktora podczas Tallinn Film Festival w Estonii.
To było zaskakujące. Jeszcze raz potwierdziło się, że życie nie uznaje granic. Ja też staram się nie stwarzać sobie ograniczeń. Dlatego tak kocham Nowy Jork. To miasto, gdzie można wszystko i nikt niczemu się nie dziwi. Nikt nie komentuje, nie szuka drugiego dna, wytłumaczenia. W Polsce jest trochę inaczej. Miałem taką sytuację w czasie zdjęć do „Mojego roweru”. Prosto z planu, w piżamie, poszedłem do bufetu , filmowego cateringu. Po drodze pukano się na mój widok w czoło, były idiotyczne komentarze. A ja po prostu w stroju służbowym chciałem szybko coś zjeść… Większość pewnie jednak dorobiła sobie ideologię, że Urbaniakowi odbiło.

Jeśli jesteśmy przy jedzeniu, to gdzie Michał Urbaniak stołuje się najchętniej?
Mam kilka takich miejsc. Nie ukrywam, że są to restauracje, gdzie można zjeść polskie potrawy. Lubię domową kuchnię: udziec z indyka, jajka na boczku, kaczkę. Miejscem, gdzie często zaglądam, jest Kercelak na Chłodnej, Fotka Cafe na placu Grzybowskim. Lubię zjeść też rybę w Boston Port.

Jak na spacer to...?
Razem z żoną spacerujemy często po parku multimedialnym. Tam odbywają się nasze treningi z nordic walking. W Warszawie odpoczywam. Choć oczywiście cały czas pracuję intensywnie, to jednak tutaj życie płynie wolniej niż w Nowym Jorku. Stąd być może to miłe wrażenie relaksu, które towarzyszy mi w stolicy.

Rozmawiał: Rafał Wąsowicz

Zostaw e-mail, a my dostarczymy Ci najświeższych informacji

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!