Policja nic nie wiedziała o seryjnym gwałcicielu

Najgroźniejszy polski przestępca seksualny przez wiele lat był bezkarny. Wpadł przez przypadek. Z takim przestępcą policja jeszcze się nie spotkała. - Siedział naprzeciwko mnie i spokojnym głosem opowiadał o ...

Najgroźniejszy polski przestępca seksualny przez wiele lat był bezkarny. Wpadł przez przypadek.

Z takim przestępcą policja jeszcze się nie spotkała. - Siedział naprzeciwko mnie i spokojnym głosem opowiadał o kilkudziesięciu gwałtach. Z najdrobniejszymi szczegółami: gdzie, kiedy, w jaki sposób - opowiada "Polsce" oficer Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Stołecznej Policji.

Chodzi o 33-letniego Artura K., podejrzanego o serię gwałtów w Warszawie. Mężczyzna wpadł w ręce policji 11 sierpnia. Bezkarny pozostawał przez 4 lata. Mimo że kolejne ofiary podawały podobny opis zdarzenia, przez ponad 3,5 roku policjanci nie łączyli kolejnych gwałtów w jedną sprawę. Wpadli na to dopiero, gdy zgłosiła się do nich siódma ofiara. Coś ich tknęło, bo kolejny gwałt zdarzył się w tej samej okolicy.

Pierwsze ofiary Artura K. zaczęły zgłaszać się na policję w 2005 r. Opowiadały o gwałtach i rabunkach. Żadna nie była jednak w stanie podać jego rysopisu. Nie zapamiętały też jego twarzy. Dodatkowo część kobiet zgłosiła się na policję po długim czasie. Śledczy nie byli więc w stanie zabezpieczyć śladów biologicznych.

Do tamtego czasu policja nie powołała specjalnej grupy śledczej, która ścigałaby seryjnego gwałciciela. Nie ostrzegła mieszkanek Warszawy o grasującym bandycie. Nie sprawdziła przestępców, którzy wyszli na wolność po wyrokach za gwałty. Tymczasem Artur K. był znany policji. Wielokrotnie notowany, w przeszłości został skazany za gwałty i rozboje z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

- Łącznie odbywał karę pozbawienia wolności przez 9 lat i 2 miesiące - mówi kpt. Barbara Prus z Centralnego Zarządu Służby Więziennej.

Dodatkowo Artur K. niełatwo gubi się w tłumie. Jest wysokim, liczącym 185 cm wzrostu, barczystym mężczyzną z charakterystyczną łysiną. Mieszkał w bloku na warszawskim Mokotowie. Nie miał stałej pracy. Utrzymywał się z kradzieży lub zajęć dorywczych.

Jego namierzenie nie było więc trudne. Pokazały to wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy, gdy w pobliżu dyskotek i klubów pojawiło się więcej wywiadowców policyjnych.

Szybko udało się wytypować kilku mężczyzn, którzy w pobliżu dyskotek obserwowali młode kobiety wracające do domów. Wówczas po raz pierwszy Arturem K. zainteresowała się policja. Zaczął być obserwowany. Policjanci śledzili go, gdy szedł za swoją kolejną ofiarą. Wówczas jednak nie zdecydował się zaatakować. Na tym jednak zainteresowanie Arturem K. się skończyło.

Wpadł kilka dni później przez zupełny przypadek. Usiłował zgwałcić kobietę w warszawskim supermarkecie. Został zatrzymany chwilę później. Rutynowo przeszukano jego mieszkanie. Oprócz skradzionych przedmiotów znaleziono tam m.in. fragmenty kobiecej bielizny. To pozwoliło stwierdzić, że K. może mieć na sumieniu inne gwałty. Policjanci zdołali zebrać dowody 4 gwałtów popełnionych w ciągu ostatniego roku. Na tej podstawie aresztował go sąd.

Przeżyli jednak szok, gdy zaczęli przesłuchiwać gwałciciela. Artur K. przyznał się do zgwałcenia 50 kobiet. Takiej liczby przestępstw seksualnych nie miał na swoim koncie jeszcze żaden polski seryjny gwałciciel. Nawet najsłynniejszy przestępca w PRL "Wampir" Zdzisław Marchwicki zgwałcił dwa razy mniej kobiet niż Artur K.

Przerażające jest jednak, że Artur K. tak długo pozostawał bezkarny. Zwłaszcza że niemal zawsze działał według tego samego schematu. Około północy pojawiał się w okolicach klubów nocnych. Tam wypatrywał młode kobiety, które wychodziły po zabawie do domu. Wybierał te, które wracały samotnie. Potem szedł za ofiarą i dokładnie ją obserwował. Czekał, aż dojdzie do rzadko uczęszczanej uliczki osiedlowej lub pustego parku. Wtedy atakował. Też zresztą w ten sam sposób: podbiegał od tyłu, obezwładniał ofiarę. Potem groził jej i kazał oddać wszystkie wartościowe rzeczy: pieniądze, biżuterię, zegarek, telefon komórkowy. Na koniec gwałcił.

- Z reguły gwałciciele najpierw zmuszają do stosunku, a potem okradają - mówi policjant, który brał udział w śledztwie. - On działał odwrotnie.

Zastanawia więc, dlaczego policja tak długo nie łączyła gwałtów popełnianych w ten specyficzny sposób z jednym sprawcą. Zwłaszcza że funkcjonariusze Komendy Stołecznej Policji ustalili, że w kilku przypadkach groził napastnik napadniętym kobietom śmiercią, jeśli będą składać zeznania. Powoływał się przy tym na "układy" w policji. Mówił, że dowie się, jeśli będzie przeciwko niemu prowadzone śledztwo. Te groźby paraliżowały ofiary. Wiele z nich długo bało się zeznawać.

Gdy już się jednak na to zdecydowały, przekazały policji wiele informacji, które również zostały zignorowane. Artur K. nie był szczególnie ostrożny, bo napady na kobiety traktował też jako dodatkowe źródło dochodów. Sprzedając ukradzione kosztowności, pozostawiał po sobie wiele tropów.

- Niektóre ukradzione przedmioty: zegarki, biżuteria czy aparaty telefoniczne, sprzedawał później na popularnym portalu aukcyjnym - wyjaśnia znający sprawę oficer KSP.

Tak zachowują się tylko amatorzy, bo policja monitoruje portale aukcyjne i wyławia z nich paserów. Tym razem jednak ten ślad zaniedbała.

Część ukradzionych przedmiotów policjanci znaleźli w trakcie przeszukania mieszkania Artura K. Poddawane są analizie. Jeżeli okaże się, że ich właściciele zgłosili kradzież, Artur K. usłyszy kolejne zarzuty. Będzie to również dowód, że przyznając się do popełnionych przestępstw, nie kłamał.

- Udowodnienie mu kradzieży będzie trudne, bo część sprzętu sprzedał za gotówkę znajomym handlarzom - mówi nasz rozmówca z Komendy Stołecznej Policji.

Policjanci badają też, czy Artur K., przyznając się do 50 gwałtów, mówił prawdę, czy też chce tylko zyskać rozgłos.

- Na razie wszystkie tropy skrupulatnie sprawdzamy. Dla dobra śledztwa nie mogę ujawniać więcej szczegółów - mówi Dorota Tietz z Wydziału Prasowego KSP.

Obraz_gwalt_ca.jpg

Leszek Szymowski

  • Polska

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3