Mózgiem i sercem grupy jest 62-letni Ian Anderson (w środku) Mózgiem i sercem grupy jest 62-letni Ian Anderson (w środku)

Mózgiem i sercem grupy jest 62-letni Ian Anderson (w środku). Ponoć sięgnął po flet, bo stwierdził, że na gitarze nigdy nie dorówna Ericowi Claptonowi (© Materiały prasowe Jethro Tull)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Rockowe instrumentarium to nie tylko gitara i bębny. We wtorek zagra u nas zespół, który swym sztandarowym orężem uczynił flet poprzeczny - pisze Marek Świrkowicz.

Nie wiem, czemu się dziwicie. Wszak flet to typowo heavy- metalowy instrument. Jest ciężki i jest z metalu - mówił z zawadiackim błyskiem w oku charyzmatyczny lider Jethro Tull Ian Anderson, gdy dowiedział się, że jego grupa w 1989 r. zdobyła nagrodę Grammy w kategorii heavy metal.

To dowód nie tylko na ogromne poczucie humoru ekscentrycznego Szkota, ale też na niezwykłą rozpiętość stylistyczną dowodzonej przez niego formacji i notorycznie powracające trudności z zaklasyfikowaniem tworzonej przez Jethro Tull muzyki. Okazuje się bowiem, iż zespół wyrastający z korzeni bluesowych i folkowych, który czaruje słuchaczy wyrafinowaną grą na flecie, może nagle pokonać w ciężkozbrojnej walce takich gigantów mocnego uderzenia, jak Metallica. I choć werdykt jurorów został potem uznany za jedno z największych zaskoczeń w całej historii nagród amerykańskiej fonografii, idealnie wpasowuje się w nietypowy, przewrotny, pełen ironicznych zagrywek wizerunek grupy.

Cóż bowiem powiedzieć o zespole, który swą nazwę zaczerpnął od nazwiska pewnego XVIII-wiecznego agronoma (wynalazcy m.in. siewnika), popularność zdobył, przerabiając na jazzrockową modłę słynne "Bourree" Bacha, a jego lider wygląda na scenie jak skrzyżowanie średniowiecznego minstrela z hersztem piratów? I w dodatku z uporem maniaka gra na swoim ukochanym instrumencie, stojąc na jednej nodze?

Ale na tym właśnie polega niepowtarzalny urok Jethro Tull. Mało jest grup, które potrafią wypracować sobie równie wyrazisty, z miejsca rozpoznawalny styl. I to pomimo irytującego purystów radosnego brykania od eksperymentalnego bluesa i celtyckiego folku przez progresywne zagrywki, hardrockowe riffy i nawiązania do muzyki dawnej po wpływy etno, a nawet elektroniki. Dodajmy do tego sceniczny magnetyzm Andersona i jego błyskotliwe, często przewrotne teksty i mamy zespół, który nie przypadkiem okazał się jednym z najbardziej niezwykłych tworów brytyjskiej sceny rockowej przełomu lat 60. i 70.

W szczytowym momencie kariery Jethro Tull dorównywał popularnością Stonesom i Zeppelinom, a takie płyty jak "Stand Up", "Aqualung" (nagrywany w tym samym czasie i w tym samym studiu co legendarna "Czwórka" Led Zeppelin) czy utrzymany w formie 43-minutowej suity koncept album "Thick As A Brick" to dziś żelazna klasyka ambitnego rocka. Z kolei miłośników muzycznych ciekawostek zainteresuje zapewne fakt, że przez istniejący nieprzerwanie od 1967 r. zespół przewinęło się kilku muzycznych gigantów, z Tonym Iommim i Philem Collinsem na czele.

Dziś Anderson i spółka zajmują się głównie koncertowaniem pod każdą szerokością geograficzną i przypominaniem fanom swej dawnej wielkości (ostatnią regularną płytę "J-Tull Dot Com" nagrali w 1999 r.). Ale wciąż jest w nich ta iskra szaleństwa, która ponad 40 lat temu niespodziewanie pchnęła młodego Szkota do wyrzucenia gitary i sięgnięcia po instrument, który z pozoru pasował do rocka jak pięść do nosa.

Jethro Tull
1.09. Sala Kongresowa
pl. Defilad 1
godz. 18. Bilety 143-187 zł

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!