Co się dzieje, jeśli tradycyjny model szkoły wywrócimy do góry nogami? Przestaniemy zadawać prace domowe, przemeblujemy klasę, na sprawdzianie zaznaczymy nie to, co dziecko zrobiło źle, ale to, co zrobiło dobrze? Okazuje się, że dzieje się wtedy całkiem dobrze – czego dowodzi przykład "Budzącej się szkoły", SP nr 323 na warszawskim Ursynowie.

SP nr 323 im. Polskich Olimpijczyków znajduje się w okolicy metra Imielin, przy ul. L. Hirszfelda 11. Wyróżnia ją autorski program nauczania, wdrożony przez jej dyrektorkę, Wiolettę Krzyżanowską, która ma ambitny plan, by stworzyć szkołę, która będzie przygotowywać uczniów do życia, a nie tylko zmuszać do wkuwania materiału na pamięć. – W tradycyjnym modelu nauczania bardzo często znika nam z oczu to, co najważniejsze: to, że dziecko musi opanować umiejętność uczenia się – przekonuje Wioletta Krzyżanowska.

Jak więc działa model nietradycyjny?



Nauczyciel jako przewodnik
Po pierwsze klasy nie mogą być większe niż 25 osób (w przypadku klas 1-3) i 30 osób (starsze dzieci, 4-6). Umożliwia to indywidualne dotarcie do każdego z uczniów przynajmniej raz. Zasadność takiego systemu dobrze widać w sposobie wywoływania dzieci do odpowiedzi (o czym później).

Sama przestrzeń jest też zaaranżowana w inny sposób. Uczniowie siedzą twarzami do siebie, a nie – jak w tradycyjnych pracowniach – do nauczyciela. Ustawienie ławek nie jest narzucone z góry i każdy pedagog ma swobodę aranżowania przestrzeni, ale idea jest taka, że nauczyciel ma krążyć między uczniami, a nie przemawiać do nich za biurka z pozycji niedostępnego autorytetu. – Zasada jest taka, że aranżacja ławek jest dostosowana do potrzeb lekcji, ale zależy nam na tym, by dzieci widziały siebie, a nie tylko plecy kolegi – tłumaczy Wioletta Krzyżanowska. – Im więcej różnorodnych aranżacji, tym lepiej.

Ważnym elementem nowego systemu sprawdzania wiedzy jest też sposób wywoływania dzieci do odpowiedzi. Nowy system zakłada całkowitą losowość, a także to, że głos w trakcie lekcji będzie musiało zabrać każde dziecko. Z jednej strony eliminuje to problem „systemu”, który prędzej czy później uczniowie są w stanie zauważyć u każdego nauczyciela, z drugiej – daje możliwość wykazania się wiedzą tym, którzy nie mają odwagi zgłosić się do odpowiedzi sami albo przebić się przez tych najaktywniejszych, którzy zgłaszają się do każdego pytania. Nowy sposób jest prosty – imię każdego z uczniów jest wypisane na patyczku, które następnie losowo wyciągane są w trakcie lekcji. Wylosowany patyczek nie trafia już z powrotem do pojemnika, co sprawia, że żaden uczeń nie odpowiada częściej niż jego koledzy i koleżanki.

Rolę nauczyciela jako przewodnika dobrze ilustruje też koncepcja „światełek”, trójkolorowych kartoników, którymi dzieci komunikują się z nauczycielem. Zielone światełko to znak, że uczeń zrozumiał wszystko. Pomarańczowy kartonik to informacja dla nauczyciela, że dziecko potrzebuje dodatkowego wyjaśnienia, a czerwony – konieczność ponownego wytłumaczenia całego zagadnienia.

Kartoniki szczególnie przydatne są podczas ćwiczeń, ale też i eksperymentów, które przeprowadzane są regularnie i angażują wszystkie dzieci. Mają one za zadanie przełożenie suchej książkowej wiedzy na zrozumiałe, namacalne zjawiska. System analogiczny do tego, jak – niestety głównie w teorii – wyglądały zajęcia chemii, które pamiętamy ze szkoły. Jeśli dziecko uczy się o obwodzie, natychmiast dowiaduje się też, że umiejętność jego obliczenia przyda się przy oprawianiu obrazka w ramkę, stawiania płotu czy kupowaniu czapki.

Prace domowe
Dyrekcja SP nr 323 im. Polskich Olimpijczyków prace domowe ograniczyła od września tego roku, podkreślając, że przydają się one głównie rodzicom, którzy dzięki nim odnoszą wrażenie, że dziecko uczy się więcej, a sam system edukacji jest „pełniejszy”. Jak przekonuje Wioletta Krzyżanowska, wypełnianie zadań według wyrytego na pamięć schematu jeszcze nikomu do niczego się nie przydało, nie stymuluje dziecka do kreatywnego myślenia i nie kształci umiejętności rozwiązywania faktycznych problemów, z którymi zmierzy się w przyszłości. Jak dobrze pamięta każdy z nas, prace domowe większość uczniów i tak spisywało przed lekcjami od bardziej pracowitych – co uczyło tych pilniejszych, że nie warto za bardzo się starać, bo i tak ktoś skorzysta z owoców ich ciężkiej pracy, a tych mniej pilnych, że nie ma co się przykładać, bo zawsze jakoś to będzie.

Prace domowe jako takie oczywiście są, bo dziecko musi np. przeczytać lektury. - Jeśli lekcja jest dobrze zaplanowana, jest czas na taką ilość ćwiczeń, by zapamiętać cały materiał – przekonuje dyrektor. –Skłaniamy się do tego, by dzieci prace domowe wykonywały tylko w ramach projektu lub regularnych zadań rozłożonych w dłuższy termin. Na początku roku nauczyciel umawia się z rodzicami, że wykonane zadania domowe dziecko będzie musiało oddać co poniedziałek. Wtedy rodzice i dziecko mogą zrobić to wtedy, kiedy mają czas, a rodzic ma wgląd w to, co dziecko robi w szkole.

Prace domowe w szkole nr 323 zadaje się więc tylko, jeśli dziecko lub rodzic sami zgłoszą taką potrzebę. Tym sposobem zachowany zostaje kompromis między tymi, którzy do koncepcji wykonywania pracy domowej są przyzwyczajeni, a tymi, którzy są zdecydowanymi przeciwnikami takiego systemu. Bierze się też pod uwagę faktyczne potrzeby dziecka – jeśli nauka na lekcjach mu nie wystarcza, ma możliwość dokształcenia się w domu.

Zielony długopis
Na początku każdej lekcji nauczyciel wyjaśnia językiem ucznia najważniejsze elementy przyswajanego materiału – tzw. NACOBEZU, czyli „na co będziemy zwracać uwagę”. To sprawia też, że system oceny ma być bardziej przejrzysty. Sprawdzona klasówka już na pierwszy rzut oka wygląda inaczej niż te, które pamiętamy z czasów szkolnych. Próżno szukać na nim skreśleń czerwonym długopisem; zamiast tego na zielono zaznaczone są zadania, z którymi dziecko poradziło sobie dobrze. Ma to uświadamiać uczniom ich mocne strony, zamiast piętnować słabe. Nie oznacza to jednak patrzenia przez palce na błędy ani „bezstresowego wychowania”, bo dyrektorka wierzy, że szkoła ma przygotowywać też przyszłych dorosłych na krytykę, z którą będą spotykać się każdego dnia.

Najważniejsze jest jednak to, że klasówka ma nie tylko sprawdzać wiedzę, ale przede wszystkim – uczyć. – Przy sprawdzaniu dyktanda u dołu kartki wypisujemy słowa, w których dziecko zrobiło błąd, ale w poprawnej formie – tłumaczy Wioletta Krzyżanowska. – Sprawdzona klasówka z matematyki zawiera z kolei właściwie rozwiązane zadanie – dodaje. Wszystko to sprawia, że efekt dydaktyczny jest lepszy. Pewnie każdy z nas pamięta pytanie, które krążyło po głowie po sprawdzianach – „jeśli nie tak się to robi, to JAK?”. - Chcielibyśmy, żeby dzieci miały poczucie własnej wartości i znały swoje mocne strony – wyjaśnia filozofię „zielonego długopisu” dyrektor szkoły. – Dziś, kiedy dziecko kończy edukację, wie w czym jest słaby, a nie w czym jest dobry. A my chcemy te proporcje odwrócić – dodaje.

Co ważne, dzieci ocenia nie tylko nauczyciel, ale też koledzy z klasy. Po wykonaniu niektórych ćwiczeń uczniowie wymieniają się zeszytami i pod okiem nauczyciela sprawdzają, czy kolega dobrze poradził sobie z zadaniem. Mogą też wpisać do zeszytu komentarz, które później odczytują na głos przy całej klasie. „Super dodajesz, Kasiu”, „Dobra robota”, „Sześć plus plus plus plus” – to niektóre z pochwał, które z ust kolegów i koleżanek z ławki słyszą uczniowie, którzy dobrze poradzili sobie z zadaniem. – Zaznaczając w zeszycie zielonym długopisem rzeczy, które są zrobione dobrze, dziecko uczy się dostrzegać to, co jest dobre w drugim człowieku – tłumaczy dyrektor.

W szkole nie ma być fajnie?
System wystartował we wrześniu 2016 r., po trwającym dwa miesiące programie pilotażowym. Rodzice pokazali zielone światło, a kuratorium oświaty wyraziło zgodę na realizowanie zajęć w takim programie. – Osiemdziesiąt procent dzieci podobają się elementy, które wprowadziliśmy, zwłaszcza metoda zielonego długopisu – mówi Wioletta Krzyżanowska. – Dzieci dzięki temu bardzo lubią szkołę.

Póki co system cieszy się poparciem większości rodziców. Ci, którzy pozostają sceptyczni, boją się tego, jak dzieci uczone w takim systemie poradzą sobie później z egzaminami czy jak odnajdą się w tradycyjnej rzeczywistości szkolnej, chociażby na studiach. – W szkole ma nie być fajnie, szkoła ma uczyć – pisze jeden z przeciwników „Budzącej się szkoły”.

- Ten proces nie zakończy się w czerwcu. Dzieci nie wychowuje się w ciągu jednego roku, a przez wiele lat. Jestem głęboko przekonana, że jest bardzo dużo mądrości w tym, co w naszej szkole wspólnie z nauczycielami proponujemy dzieciom – konkluduje dyrektor szkoły.

Czytaj także

    Komentarze (3)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    mia (gość)

    Gość- popieram, prace domowe są, zielonym długopisem wskazuje się błędy, a nie to co dobre, a poparcie rodziców wcale nie takie oczywiste.
    Generalnie świetny PR, a pod spodem nic

    gosc (gość)

    Nic nowego.To co opisujecie, to ocenianie kształtujące, które w wielu szkołach już od jakiegoś czasu funkcjonuje...

    A. (gość)

    Wspaniale. Tyle, że mam córkę w 1. klasie i niestety nie jest to prawda. Prace domowe są i to dużo. Pozostałe elementy - od biedy. Przykładowo miejsca na początku były losowane, ale tylko przez jakieś 2 miesiące. Zielony długopis - owszem. Generalnie, raczej szeroko zakrojona ściema