Z Janem Urbanem, trenerem Legii Warszawa, rozmawiają Rafał Romaniuk i Hubert Zdankiewicz.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Chyba do Wodzisławia nie powinien Pan więcej jeździć. Legia znów przegrała z Odrą.
Pamiętałem porażkę z tamtego roku na tym stadionie, od początku stałem przy linii bocznej, chciałem być blisko z drużyną, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła.

Ale się powtórzyła.
Nie mam zamiaru dopatrywać się braku szczęścia, tylko umiejętności. Zbyt dużo okazji potrzebujemy, żeby strzelić bramkę. Takie mecze często źle się kończą, bo przeciwnik ma jedną sytuację i strzela.

Barcelonka - tak mówią ostatnio o Legii, bo faktycznie przyjemnie się ogląda, jak Pana zespół wymienia podania. A może lepiej mieć Grecyjkę, która nie gra ładnie, ale wygrywa po 1:0?
Na Grecyjkę się nie doczekacie. Każdy trener ma swoją filozofię, ale najważniejsze jest optymalne wykorzystanie materiału. Przychodząc do Legii, zastałem zespół oparty na piłkarzach o dużych umiejętnościach technicznych. Ci ludzie nie będą, jak to mówi Leo Beenhakker, buldogami na boisku. Można z nich za to zrobić drużynę grającą kombinacyjnie. Nie mamy takiej alternatywy jak Lech Poznań. Oni mogą grać prościej - długą piłką do Hernana Rengifo, który zgrywa ją do wbiegających kolegów. My nie.

Nie jest tak, że dorabia Pan ideologię, bo po wielu latach spędzonych w Hiszpanii taka filozofia gry jest Panu bliska?
Nie sugerujcie się, że byłem w Hiszpanii, bo nie grałem w Barcelonie, tylko w Osasunie Pampeluna. Styl drużyn z północy Hiszpanii oparty jest nie na technice, jak w Katalonii, lecz na dobrym przygotowaniu fizycznym. Nie można przykładać prostego szablonu do terminu "hiszpańska piłka", bo w każdym regionie tego kraju grają inaczej. To podobnie jak z hiszpańską kuchnią. Turyści mogą tego nie zauważyć, bo na przykład paellę zrobią wszędzie, nawet w Kraju Basków. Jej ojczyzną jest jednak Walencja.

Wracając do piłki. Jaki jest największy obecnie problem Legii? Napastnicy?
Kiedy zespół ma problem ze zdobywaniem bramek, to w pierwszej kolejności wini się napastników. Zawsze powtarzam, że problem jest bardziej złożony, choć chciałbym oczywiście, by napastnicy zaczęli więcej strzelać. Zwłaszcza teraz, gdy nie musimy liczyć tylko na Takesure'a Chinyamę. W poprzednim sezonie byliśmy od niego uzależnieni. Zwłaszcza wiosną. Musieliśmy na niego chuchać, pilnować, by nie łapał kartek i kontuzji. Skończyło się tak, że sami go upolowaliśmy na treningu. Teraz mamy Adriana Paluchowskiego i Marcina Mięciela...

Tego drugiego niektórzy zdążyli obwołać rozczarowaniem sezonu. Można powiedzieć, że się nie sprawdza?
Nie, choć oczekiwaliśmy od niego trochę więcej. Chcemy, by zdobywał bramki. Wiem, że nigdy nie był piłkarzem strzelającym po 20-25 goli w sezonie. Były jednak takie lata, że strzelał dużo. W PAOK-u Saloniki bił się przecież o koronę króla strzelców ze słynnym Rivaldo.

Może jest już za stary?
Nie sądzę. Stać go, by zdobyć w sezonie 10 bramek. Tym bardziej że polska liga jest słabsza od niemieckiej czy greckiej. Może właśnie na tym polega problem. Zawodnikom, którzy długo byli za granicą, tak jak Marcin, wydaje się, że po powrocie będą grali dobrze i strzelali bramki bez żadnego problemu. A tu okazuje się, że w Polsce też trzeba wybiegać mecz, walczyć. Moim zdaniem to tylko kwestia czasu, tym bardziej że z formą Marcina wszystko jest w porządku.

Mówi się, że Roger w kadrze i Roger w Legii to dwaj różni piłkarze.
Nie zgadzam się. Roger w kadrze również ostatnio nie błyszczy. Tyle że gdzieś strzeli bramkę, komuś dogra i z tego go rozliczają. Wszyscy jednak wiemy, że stać go na więcej. Potrafi stworzyć partnerom w jednym meczu pięć sytuacji bramkowych, znakomicie utrzymywać się przy piłce, wziąć ciężar gry na siebie. Ostatnio to nie jest ten Roger.

Naturalnym liderem Legii powinien być chyba w tej sytuacji Iwański?
Dziś jest dla nas bardziej wartościowym zawodnikiem niż Roger, któremu zaszkodziło całe zamieszanie związane ze zmianą klubu. To się ciągnie od Euro 2008. Zamiast o grze w Legii cały czas myślał, że za chwilę wyjedzie za granicę. Gazety ciągle pisały o coraz to nowych klubach, które się nim interesowały. Konkretnych ofert jednak nie było i nie ma, a czas ucieka. Roger jest teraz w niewygodnej sytuacji. W grudniu kończy mu się kontrakt, a ja nie będę miał skrupułów, by posadzić go na ławce, jeśli będzie w słabej formie. Priorytetem jest dla mnie dobro drużyny, a nie indywidualny interes piłkarza.

Pojawiła się jednak informacja, że Roger ma nie grać, bo wtedy klub będzie mógł mu mniej płacić.
Jeżeli piłkarz nie gra, to zawsze mniej zarabia. Roger nie jest wyjątkiem. Zapewniam jednak, że nie było żadnych nacisków z góry. To ja decyduję, kto gra, a kto nie. Jeśli Roger będzie w dobrej dyspozycji, to będę na niego stawiał. Podobną sytuację mieliśmy rok temu z Aleksandarem Vukoviciem. Wiadomo było, że zimą odejdzie, ale grał, jeśli był w formie, i wiedziałem, że może nam pomóc. Wiem, że w piłce zdarzają się sytuacje, gdy kluby wywierają presję na piłkarzu i odstawiają go od składu, chcąc zmusić do podpisania nowej umowy. W Legii tak jednak nie robimy, przynajmniej dopóki ja jestem trenerem. Oczywiście, nie będę również tolerował sytuacji, gdy piłkarz chce odejść i nie dość, że gra źle, to jeszcze robi mi ferment w szatni narzekaniem. Kogoś takiego wyp…rzę bez skrupułów do drugiej drużyny, niezależnie od tego, kto to będzie.

Ma Pan pomysł, jak dotrzeć do Rogera? On otwarcie przyznaje, że traci powoli serce do gry w Legii. Narzeka na to, jak jest traktowany w Warszawie.
Nie rozumiem takich deklaracji. Zarówno ze strony Rogera, jak i innych zawodników grających w Legii w przeszłości, jak np. Edsona. Całe to gadanie, że klub ich nie szanował, to bzdura! Co to znaczy szanować zawodnika? Legia jako klub ma obowiązek płacić mu tyle, ile ma zagwarantowane w kontrakcie. Nigdzie nie jest powiedziane, że ma dawać komuś więcej tylko dlatego, że on sobie tego życzy. Nie róbmy kabaretu. Legia postępuje z piłkarzami w sposób, o jakim w wielu klubach inni mogą tylko pomarzyć. Roger traci serce do Legii? Przecież on zaistniał w Europie właśnie dzięki Legii. To w Warszawie się wypromował, trafił do kadry, pojechał na Euro. Jeżeli tak bardzo chciał odejść, to miał znakomitą okazję właśnie po mistrzostwach Europy.

Sam Pan jednak przyznał, że nie miał konkretnych ofert.
To też powinno dać mu do myślenia. Być może się pomylił i nie jest aż takim kozakiem, jak mu się wydawało. Tym bardziej powinien docenić to, co ma w Legii. Nikt mu tu nigdy krzywdy nie robił. Stawiałem na niego, choć nieraz grał słabo. Zawsze też go szanowałem, szanuję i będę szanował. Nie mogę jednak udawać, że nie ma problemu, gdy słyszę, że zawodnicy wypowiadają się źle o klubie, a wiem, że nie mają racji. Muszę bronić w takiej sytuacji klubu. Dla mnie nie jest problemem, że jakiś piłkarz chce odejść z Legii. To normalne, że chce się sprawdzić w silniejszej lidze, więcej zarabiać. Jeśli przyjdzie do mnie i uczciwie postawi sprawę, to ma moje pełne poparcie. Ale mam też prawo od niego oczekiwać, że jeśli nie uda mu się wyjechać, to nie będzie stroił fochów, tylko zasuwał, by pomóc klubowi, który go wylansował. To jedyna droga, by w końcu znaleźć nowego pracodawcę lub uzyskać podwyżkę u dotychczasowego. Tak robi Jan Mucha, który jest dla mnie jednym z tych pozytywnych przykładów. Wiadomo, że chciałby odejść, być może zrobi to jeszcze w tym roku. Nie odbija się to jednak na jego dyspozycji.

Leo Beenhakker wymienił Pana ostatnio jako jednego z kandydatów do przejęcia po nim reprezentacji...
Może kiedyś, zobaczymy. Na razie pracuję w Legii. Na pewno nie będę się też domagał klauzuli do kontraktu umożliwiającej mi odejście przed czasem, gdyby pojawiła się propozycja z kadry. To byłoby nieetyczne.

Pije Pan teraz do Henryka Kasperczaka, który miał właśnie taki zapis w umowie z Górnikiem Zabrze?
Mniejsza o nazwiska, chodzi o jasne reguły. Będąc prezesem, nigdy bym się nie zgodził na to, by kogoś zatrudnić na takich warunkach. Jeśli ja przychodzę do Legii i umawiam się, że będę pracował trzy lata, to muszę być poważny i nie mogę zostawić klubu w połowie drogi. Albo rybki, albo akwarium. Jeśli marzy ci się inna praca, to podpisz umowę na rok i potem ją przedłużaj.

Kadra to chyba jednak w Pana przypadku melodia przyszłości. Wierchuszka PZPN na pytanie o Jana Urbana odpowiada zgodnie: dobry, ale… za młody, brak mu doświadczenia.
Nie można mówić, że ktoś jest za młody. Posada selekcjonera to zupełnie inna bajka niż praca w klubie. Wielu świetnych trenerów nie poradziło sobie na poziomie reprezentacji. Do tego trzeba mieć nie tylko własną wizję i wyczucie, ale też o wiele grubszą skórę, nie tylko w Polsce. Weźmy Luisa Aragonesa. Przed Euro 2008 cała Hiszpania trąbiła: weź do kadry Raula. On jednak postawił na swoim i wygrał. Albo jeszcze lepszy przykład: Jürgen Klinsmann. Niemcy dali mu poprowadzić kadrę, choć nie miał żadnego doświadczenia. A on o mało nie zdobył z nią mistrzostwa świata. Za to później nie poradził sobie w Bayernie Monachium.

Mówi się o Panu: młody, ma czas. Patrząc jednak na dokonania Pana rówieśników… Carlo Ancelotti, Jose Mourinho czy Frank Rijkaard mają jakby ciut większe.
Ciut większe? Ależ jesteście złośliwi (śmiech). Jeśli uważacie, że powinienem mieć z tego powodu kompleksy, to was rozczaruję. Nie mam. Po pierwsze dlatego, że grałem w piłkę do 36. roku życia, zacząłem więc później niż oni. Po drugie: długo nie byłem pewien, czy na pewno chcę być trenerem. Najpierw chciałem sprawdzić, czy dobrze będę się czuł w tej roli. Dlatego właśnie zacząłem od pracy z juniorami. Trochę to trwało, zanim doszedłem do miejsca, w którym teraz jestem, ale niczego nie żałuję. No, może tylko jednego. Przeszedłem w Osasunie przez wszystkie szczeble trenerskiej drabiny, poza tym najwyższym. Nie dane mi było poprowadzić pierwszej drużyny, choć były takie plany. Działacze zdecydowali się jednak na inną opcję. A ja wróciłem do Polski.

Nie żałuje Pan czasem? Nie zastanawia się: a na cholerę mi to było? W Hiszpanii miałem fajne życie, słońce, mili ludzie, dobra kuchnia, a tutaj? Potrafimy być zawistni.
Fakt, po tylu latach spędzonych w Hiszpanii ciężko się do tego przyzwyczaić. Tam ludzie są dla siebie życzliwi. W Polsce za to, jak ktoś się potknie, to się go dobija, a dopiero jak już leży, to nagle nadchodzi refleksja, że może warto by mu… pomóc. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pracę w Legii, wielu ludzi mnie ostrzegało, że pakuję się na zbyt dużego byka. Mówili, że nie wytrzymam presji, że media mnie zjedzą. Nie do końca to rozumiałem.

Już Pan zrozumiał?
O tak. Lepiej, niż myślicie.

Na razie się Pan jednak nie zmienił, przynajmniej na pozór. Ten sam uśmiech, otwartość wobec dziennikarzy. U Pana poprzedników różnie z tym bywało.
Gdybym chciał się obrażać za wszystkie bzdury, jakie o sobie przeczytałem, to z mało którym dziennikarzem bym teraz rozmawiał. Podstawa to mieć czyste sumienie. Dopóki mam przeczucie, że to, co robię, ma sens, nie boję się krytyki. Tej konstruktywnej, bo nie ukrywam, że powoli zaczynam tracić cierpliwość do niektórych waszych kolegów. Zwłaszcza do tych, którzy mi dowalają, a nie mają nawet odwagi podpisać się pod tym pełnym nazwiskiem. Jeśli piszecie, to bierzcie za to odpowiedzialność. Tak jak ja biorę odpowiedzialność za to, co robię w Legii.

Od pewnego czasu znów możecie liczyć na wsparcie kibiców.
I bardzo się z tego cieszymy. Wreszcie jest więź między nami a publicznością. Mam nadzieję, że to się już nie zmieni.

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!