Madonna zdążyła osiągnąć globalną sławę godną bogini Olimpu, zyskać setki milionów dolarów, kochać się z armią mężczyzn i kobiet, zmienić akcent z amerykańskiego na brytyjski, zostać aktorką, pisarką, dwa razy się ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Madonna zdążyła osiągnąć globalną sławę godną bogini Olimpu, zyskać setki milionów dolarów, kochać się z armią mężczyzn i kobiet, zmienić akcent z amerykańskiego na brytyjski, zostać aktorką, pisarką, dwa razy się rozwieść (w tym z boskim, choć nieco narwanym Seanem Pennem) i urodzić dwójkę czarujących dzieci. Czegóż jeszcze może pragnąć taka kobieta? Biorąc pod uwagę, jaki prezent zaplanowała na swoje 51. urodziny, wychodzi na to, że tylko koncertu w Polsce.

W najbliższą sobotę (dokładnie w przeddzień urodzin) Królowa Madge urządzi w Warszawie wystawne birthday party. Na miejsce balangi świętująca gwiazda wyznaczyła lotnisko na Bemowie (to tam wcześniej grali jej koledzy po fachu Michael Jackson i Lenny Kravitz). Zaplanowano, że przybędzie co najmniej 80 tys. gości z Polski, Czech, Rosji i Niemiec. I jeśli prognozy się potwierdzą i faktycznie uda się sprzedać aż tyle biletów, to Madonna ze swoim urodzinowym koncertem w stolicy pobije wszelkie rekordy w tej części Europy (w Londynie słuchało jej "ledwie" 75 tys. fanów).

Ale każde pieniądze warto wysupłać ze skarpety, żeby zobaczyć koncert z aktualnej trasy "Sticky & Sweet Tour", promujący najnowszy krążek artystki "Hard Candy". Bo Madonna każdym gestem udowadnia, że ta trasa to przede wszystkim prezent dla jej fanów. I jako profesjonalistka sporo pracy wkłada, aby jej sceniczny wizerunek pozostawał wciąż nieskazitelny.

Bo oto okazuje się, że gwiazdoressa bez wytchnienia gimnastykuje się na scenie przez dobre dwie godziny. Wykonuje akrobacje godne króla joginów Juddi Krishnamurtiego, skomplikowane układy choreograficzne i wyśpiewuje największe hity, przy których kilkudziesięciotysięczny tłum solidarnie z Madonną uprawia muzyczny aerobik.

Bo i cóż innego pozostaje, gdy Madge bombarduje publiczność popowymi dynamitami w stylu "Give It 2 Me", "She's Not Me" czy "Hung Up", a swojskie standardy "Like a Prayer" i "Vogue" przerabia na modłę dyskotekowo-punkowo-hiphopową. Nie ma zmiłuj. Ale królowa popu co rusz daje dowody swej łaski dla poddanych. A to ich edukuje proekologicznym filmikiem "Get Stupid" (w tym czasie sama zmienia kreacje za kulisami), a to bawi się z fanami w karaoke - wymienia kilka tytułów swoich przebojów i pozwala, by publika wybrała, który lubi najbardziej. Potem śpiewa go ze wszystkimi a cappella.

Nic dziwnego, że ten monstrualny i spektakularny cyrk objazdowy zobaczyło do tej pory dwa i pół miliona fanów w 58 krajach na świecie. To także, jak do tej pory, najbardziej dochodowa trasa solowego artysty w historii muzyki rozrywkowej. Do grudnia 2008 roku tylko na "Sticky & Sweet Tour" Madonna zarobiła ponad ćwierć miliarda dolarów.

To zbyt duże pieniądze, by stawiać je na szali obyczajowej i religijnej prowokacji, której tak obawiają się na warszawskim koncercie nasi stróże moralności. Spieszę donieść, że wbrew ich przewidywaniom Madonna nie przybija się do krzyża, nie przystraja skroni koroną cierniową ani nie epatuje wulgarną seksualnością. No, chyba że ktoś poczuje się obrażony przelatującymi przez ekran w pewnym momencie cytatami z Biblii, Koranu i innych świętych ksiąg albo paroma sugestywnymi pozami artystki. A jedynym naprawdę szokującym elementem jej koncertowego widowiska jest to, jak słabiutko królowa popu radzi sobie ze śpiewaniem na żywo. Ale kto by się tym przejmował?

Raz na zawsze zapomnijcie więc o schemacie: artysta wychodzi na scenę i odgrywa kolejne piosenki. Najnowsza produkcja Madonny to zapierający dech w piersiach multimedialny spektakl, w którym muzyka na równych prawach współistnieje z innymi dziedzinami sztuki: tańcem, teatrem, filmem, grafiką, fotografią, a nawet grą komputerową. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach scenariusz nie pozwala ani na chwilę oderwać wzroku i nieustannie zaskakuje kolejnymi zwrotami akcji, a barwny kalejdoskop odniesień stylistycznych i kulturowych przyprawia wręcz o intelektualną chorobę morską.

Bowiem wygląda na to, że Madge dopiero się rozgrzewa. Niedawno do kolekcji zajęć pozalekcyjnych postanowiła dodać jeszcze jedną cegiełkę i - ku przerażeniu zarówno filmowców, jak i fanów jej scenicznego oblicza - wzięła się do reżyserii filmowej. Efekt tych poczynań, zatytułowany "Mądrość i seks", śmiga też na ekranach polskich kin. Co prawda pełnometrażowy debiut królowej popu, delikatnie mówiąc, nie zachwyca, z pewnością jednak zaskakuje. I choćby z tego powodu warto wybrać się do kina. Bo oto Madonna niespodziewanie odkrywa przed nami swą zupełnie inną, nieznaną dotąd twarz. A "Mądrość i seks" jest całkowitym zaprzeczeniem tego, czego moglibyście się spodziewać po najsłynniejszej piosenkarce świata.

Bo przecież wiadomo, że jej żywiołem jest scena. Z Europy zamierza jeszcze ruszyć jesienią do Azji i Australii. O polskim koncercie mówi na razie po prostu: "Jestem podekscytowana". Kiedy 15 sierpnia 80 tys. wygłodniałych fanów, którzy od dobrych 20 lat czekają na swoją królową, stawi się na warszawskim Bemowie, by oddać jej hołd i odśpiewać zasłużone "Happy Birthday", Madonna będzie mogła dodać coś jeszcze: "Teraz już wiem, że w życiu spróbowałam wszystkiego. I wreszcie jestem artystycznie spełniona".


Plan sektorów



Rozmieszczenie stref na terenie koncertu
Rozmieszczenie stref na terenie koncertu

Ulice wyłączone z ruchu na czas imprezy
Ulice wyłączone z ruchu na czas imprezy

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!