Autor: Sonia Tulczyńska

2016-01-22, Aktualizacja: 2016-02-05 12:16 źródło: Naszemiasto.pl

Bodo chodziłby dzisiaj do terapeuty

Zagrał Fokusa w "Jesteś Bogiem" i Benka w "Chemii", wkrótce zobaczymy go w roli słynnego amanta dwudziestolecia międzywojennego - Eugeniusza Bodo. Tomasz Schuchardt opowiedział nam o nauce stepowania, problemach z psem na planie serialu i ulubionej piosence na karaoke.

Tomasz Schuchardt jest polskim aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie. Znamy go z takich produkcji, jak: "Chemia", "Demon", "Karbala", "Miasto 44", "Jesteś Bogiem" czy "Chrzest". Za główną rolę męską w tym ostatnim filmie - w 2010 roku otrzymał nagrodę Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Wiosną 2016 r. będziemy mogli go oglądać w roli słynnego Eugeniusza Bodo, w serialu realizowanym dla Telewizji Polskiej pt. "Bodo".

Rozmawiamy w wyjątkowym dniu. Odszedł dziś wielki artysta, David Bowie. Był dla Ciebie ważny?

Tak, bo wyznaczał pewnego rodzaju wzorce. Był ikoną popkultury i to jest zawsze wielka sprawa, kiedy odchodzą tacy ludzie. To oznacza koniec jakiejś epoki. Ale podchodzę do tego też tak, że to naturalna kolej rzeczy - wielcy odchodzą. Pamiętam moment, kiedy byłem dzieckiem i odszedł Freddie Mercury. To było ogromne wydarzenie. Na półkach mój tata miał kasety "Golden Hits" Freddiego. Słuchałem tego, kiedy byłem mały i pamiętam moment jego śmierci – w telewizji wiele się o tym mówiło, zdawałem sobie sprawę z tego, że stało się coś ważnego. Później zrozumiałem, że tak po prostu musi być.

Masz już na swoim koncie role artystów. Zagrałeś rapera Fokusa z Paktofoniki w "Jesteś Bogiem", a wiosną zobaczymy Cię w głównej roli w serialu "Bodo", gdzie wcielisz się w gwiazdę dwudziestolecia międzywojennego. Niezły rozrzut.

Pamiętam taką rozmowę z Fokusem, kiedy Leszek Dawid, reżyser filmu "Jesteś Bogiem", wprowadził mnie na backstage koncertu w Krakowie. Był tam Rahim, Sot, Bambus i jeszcze paru innych... No i Fokus, który wziął mnie na bok. Odchudzałem się wtedy, więc nie mogłem pić alkoholu, a on na starcie dał mi piwo. Odmówiłem, powiedziałem, że nie mogę pić. Byłem zakręcony i bardzo zestresowany. Rahim powiedział mi wtedy: „myślałem, że przyszedłeś tu, żeby z nami być, a nie tylko stać z boku”. Ale później miałem z nim spotkanie, kiedy powiedział, że nie będzie mi przeszkadzał w budowaniu tej roli. Wspominał, że widział mnie w innym filmie i zgodził się, żebym to ja zagrał postać Fokusa, bo „jestem aktorem”. Można powiedzieć, że mi zaufał.

I po tym filmie zostałeś już dla widzów Fokusem?

Dzięki temu, że raz jestem Bodo, a innym razem Fokusem, nikt nie kojarzy mnie z jedną rolą. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z kumplem-aktorem, który z racji swojej urody jest bardzo rozpoznawalny. Powiedział, że dla niego jest to przekleństwo, bo kiedy spotykamy się na mieście, to zawsze musi chodzić w kapturze. Mam też znajomych, którzy kiedyś jeździli tramwajami, a teraz poruszają się wyłącznie samochodem. Rozpoznawalność jest miła, ale zaraz po sztuce, kiedy ktoś podejdzie pogratulować ci udanej roli. Istnieją jednak takie codzienne sytuacje, kiedy idziesz wkurzony, bo pokłóciłeś się z dziewczyną, a ktoś cię zaczepia. I wtedy możesz kogoś obrazić.


© mat. pras.

Na zdjęciu Tomasz Schuchardt jako Bodo

Jakie wrażenie zrobił na Tobie scenariusz serialu "Bodo"?

Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Niewiele chciałem zmieniać. Scenariusz „siedział w gębie”, a to trudne. W scenariuszach często znajdują się słowa, które nie wiadomo, jak powiedzieć, bo głupio brzmią. Podoba mi się też to, że "Bodo" obejmuje duży przekrój z życia tego artysty. Każdy odcinek opowiada o innej miłości, a całość spina nadrzędne uczucie.

Gram w ośmiu odcinkach serialu od 5 do 13. W pierwszych czterech występuje Antek Królikowski, można powiedzieć, że to Bodo nieopierzony, z marzeniami. Mój Bodo zaczyna je już realizować, ale ma też okres, kiedy woda sodowa uderza mu do głowy. I ma to tragiczne skutki.

W zasadzie do serialu wkraczasz już jako gwiazdor. To było dla Ciebie łatwe?

Rola była świetna, bo mogłem się aktorsko wyszaleć. Miałem w tym serialu około dziesięciu występów teatralnych. Gramy na przykład przed kamerą to, że jesteśmy na scenie. Miałem też ze dwie albo trzy sceny, w których grałem, że występuję w filmie. I to było genialne! Graliśmy na przykład scenę z kina niemego, a za chwilę kamera odjeżdżała, a my wychodziliśmy na plan filmowy i mówiliśmy już normalnie. To było świetne, ale też trudne, bo wymagało odpowiedniego przygotowania. Ale jeśli się coś lubi, to przezwycięża się trudności.

Nowym doświadczeniem i zabawą jednocześnie było dla mnie śpiewanie. Do tej pory wydzierałem się tylko w knajpach, przy piwie, kiedy byłem jeszcze studentem. Karaoke i inne rzeczy... Darliśmy mordy wniebogłosy.

Karaoke? Jaki był Twój ulubiony utwór?

„Jesteśmy na wczasach” - to najczęściej śpiewałem na karaoke i oczywiście „Polskę” Kazika. Ta druga piosenka była genialna, bo wszyscy jej słuchali i taka polskość z ludzi wychodziła. Nawet jak nie znali tekstu, to wydzierali się: „tu, tu, tu!”. Bo tak nam o tę Polskę chodziło. [śmiech]


© mat. pras.



Wróćmy do Bodo. On śpiewał w jednym ze swoich największych przebojów: „już taki jestem zimny drań...”. Czy to Was łączy?

Przede wszystkim tej piosenki nie będzie w serialu. Zaśpiewam w nim ponad dwadzieścia utworów, ale nie będzie „Zimnego drania” i „Sex appealu”.

Nie będzie? Dlaczego? To są kultowe piosenki.

"Sex appeal" będzie, tylko... Nie mogę tego chyba zdradzać. „Ta ostatnia niedziela” - będzie, „Baby” - też, ale „Zimnego drania” nie będzie. Zastanawialiśmy się nad kontekstem używania niektórych utworów, bo najłatwiej jest zrobić ilustrację: że ja nagle się zachowałem jak szmata w stosunku do jakiejś kobiety i śpiewam: „już taki jestem zimny drań”. To tautologiczne. Dla mnie to zawsze jest wątpliwa jakość artystyczna.

Fajne jest w tym serialu to, że mam tu możliwość bycia i łachudrą, i człowiekiem z sercem. Chociaż warto pamiętać, że Bodo miał jedną, wielką, niespełnioną miłość (nie wiadomo, czy tak było naprawdę - red.), tj. jego skrzywdzono, on też czasami krzywdził. Szukaliśmy w tym serialu klucza, żeby jednak widz polubił mojego bohatera. Tym kluczem okazała się miłość, przez którą ludzie w przeróżny sposób się zachowują.

A tragiczny koniec, związany z pochodzeniem i paszportem gwiazdora, też pojawi się w serialu? [Ojciec Bodo był Szwajcarem i aktor miał dwa paszporty. W 1941 r. został aresztowany przez NKWD i trafił do ciężkiego obozu. Z racji szwajcarskiego paszportu nie objęła go amnestia dla Polaków. Zmarł w łagrze z wycieńczenia w 1943 r. - red.]

Wątek szwajcarskiego paszportu staraliśmy się pokazać starannie. To wpłynęło przecież na życie Bodo. Natomiast trzeba dodać, że bardzo dużo rzeczy w serialu jest fabularyzowanych. Choćby postać Ady. I to też jest ciekawe w tym scenariuszu, że mamy wydarzenia fabularyzowane, ale zawsze są one prawdopodobne.
Pojawi się na przykład żydowski przyjaciel - Moryc, którego właściwie nie ma w biografii Eugeniusza Bodo. Są też pewne "połączenia", jak Zula Pogorzelska, śpiewająca piosenkę Lody Halamy. Ale tak bywało w tamtych czasach, że artyści wykonywali piosenki innych.


© mat. pras.



Szalone lata 20.

Przede wszystkim muzyka była bardzo szalona. Oni potrafili tworzyć i komentować, dzisiaj się do tego wraca – na przykład „Pożar w Burdelu” [zespół teatralno-kabaretowy z Warszawy - red.]. Tamci artyści potrafili robić spektakle o bardzo krótkim żywocie. Czasem dwa tygodnie grania i następowało zdjęcie z afisza. To były takie czasy, że wielcy twórcy pisali muzykę, ale teksty były równie dobre. Teraz tego brakuje. Ciekawi muzycy giną gdzieś w off-ie, no może za wyjątkiem Dawida Podsiadło czy Meli Koteluk. Na szczęście ludzie coraz częściej opowiadają się przeciwko szmirze.

W tamtych czasach nawet ubiór był elegancki. Opowiesz coś więcej o kostiumach w tym serialu?

Zachwyciłem się nimi. Te dwurzędowe garnitury z klapami… U kobiet niski stan w sukienkach, tak wtedy modny, bardzo lubię… A podczas pracy nad produkcją wiele dowiedziałem się na temat noszenia garniturów i kapeluszy.
Fraki, cylindry, smokingi – cieszę się, że to wraca, bo kiedyś w garniturach na ulicy chodził niemal każdy mężczyzna, bez względu na to, czy był biedny, czy bogaty a po kroju i materiale było widać zamożność. To byli mężczyźni kulturalni. Nawet jeśli upijali się w szynkach i bili po mordzie, to nosili kaszkiety. [śmiech]


W serialu zobaczymy też sceny historyczne?

Bardzo się cieszę, że możemy pokazać to, co się przed laty wydarzyło. Pamiętamy o brzydkich latach komunizmu, kiedy to sztuka – nieteatralna - trochę nam się zatrzymała w rozwoju. A w latach 20. byliśmy przecież Paryżem Środkowej Europy. Warszawa była wspaniała! Moim zdaniem trzeba przypominać o tym, co zabrała nam druga wojna światowa.

W serialu będzie również wspomniany przewrót majowy i Noc Kryształowa. Pojawi się także wypadek samochodowy z udziałem Bodo. Nie do końca wiadomo, jak na niego wpłynął, ale z relacji jego bliskich wynika, że bardzo to przeżył. No i cieszę się, że dzięki temu serialowi możemy pokazać tak wybitne postaci, jak Zula Pogorzelska czy Nora Ney.



Na zdjęciu Eugeniusz Bodo z Norą Ney. Fot. NAC

A jak układała się współpraca z Patrycją Kazadi? Ona musiała się wcielić w tragiczną postać Reri, aktorki i tancerki pochodzącej z Bora-Bora, ukochanej Bodo.

Patrycja jest świadomą i profesjonalnie prowadzącą swoją karierę osobą. Do roli w serialu, tak jak i inne dziewczyny, podeszła zawodowo. Miała kilka trudności, jak na przykład zagranie kobiety pijanej czy wstawionej. To trudne dla aktora, a ona miała wiele takich scen. Dodatkowo musiała mieć francuski akcent, bo była Tahitanką. Patrycja potrafiła zrobić to wszystko dobrze techniczne, jednocześnie zawierając w tym emocjonalność i kobiecość. Grała kobietę bardzo zakochaną w Bodo, która o tej miłości wspominała nawet po wojnie, w swoich pamiętnikach.

A jakie Ty miałeś problemy z rolą?

Starałem zagrać Bodo tak, żeby nie wyszedł na bawidamka, łamacza serc. On nic nikomu nie obiecywał. Żadnej kobiecie nie powiedział, że z nią będzie. Jedyne co pokazywał, to fakt, że kocha pracować. Był totalnym pracoholikiem. Co ciekawe, często powtarzał, że nie chce być amantem. I nie chce grać takich ról.

Dzisiaj pewnie chodziłby do terapeuty.

Pewnie tak.



A stepowanie jak Ci wychodziło?

Uczyliśmy się go w Teatrze Roma, pod okiem Agnieszki Brańskiej (robiła między innymi choreografię do "Mamma Mia"). Na lekcje chodziłem nieregularnie i zgłębiłem tylko podstawy stepu. Przez pierwszy miesiąc właściwie tylko rozgrzewałem stopy, żeby w ogóle coś zatańczyć. W sumie mam w serialu chyba ze cztery piosenki, w których stepuję. I będą w nich widoczne tylko przebitki mojego tańca.

Teraz w szkołach teatralnych ogranicza się różne rzeczy – jazdę konną, jazdę na nartach i właśnie stepowanie. Dlatego aktorów stepujących jest w Polsce niewielu. Nikt nie przewidywał, że nagle w 2016 r. step będzie potrzebny.

Jest jeszcze jeden istotny element, który kojarzymy z Bodo. Mianowicie wielki pies, który towarzyszy mu m. in. na zdjęciach. Jak Wam się układała współpraca?

Bardzo nie lubię psów, bo kiedyś zostałem pogryziony i się ich boję. A w serialu mam taką "krowę", która w dodatku wabi się „Madness” [tłum. szaleństwo]. Bardzo trudno było znaleźć takiego psa do filmu. Prawdziwy dog Eugeniusza Bodo – o imieniu Sambo - na oryginalnych zdjęciach miał obcięte, sterczące, śmieszne uszy. Dziś się tego nie robi, więc serialowy pies niestety tak nie wygląda.

Madi się strasznie wkurzał, kiedy dzieci zaczepiały go na planie. Dodatkowo jego wadą było to, że namiętnie ośliniał mi ubrania. Znienawidziły go za to dziewczyny od kostiumów, bo zniszczył mi chyba ze trzy garnitury.



© mat. pras.



A w serialu śpiewasz z tym charakterystycznym przedwojennym „ł?

Przegłos, jak również i barwa, wynikały ze specyficznego śpiewania i maniery z tamtych czasów. Charakterystyczne, przedniojęzykowe „ł” zastosowane dzisiaj byłoby parodią. Poza tym, gdybym tak śpiewał, to musiałbym też tak mówić. I wówczas wrócilibyśmy do pewnej maniery, która jest "nie do zjedzenia", bo kino poszło do przodu i dzisiaj potrzebujemy współczesnych środków wyrazu.

Można powiedzieć, że ten serialowy Bodo nie będzie prawdziwy, bo tego prawdziwego już nie ma. Jest w tej postaci trochę Schuchardta, trochę Królikowskiego, trochę wyobraźni naszego reżysera i trochę opowieści fabularno-dokumentalnej. Prawdziwy Bodo już odszedł – tak, jak David Bowie.


Rozmawiała Sonia Tulczyńska, dziennikarka portalu naszemiasto.pl

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!