Autor: Sonia Tulczyńska

2016-11-10, Aktualizacja: 2016-11-14 12:20

Szymon, 10-letni łowca przygód podbija świat

Szymon Radzimierski ma dopiero 10 lat, ale zwiedził już trzydzieści krajów. Na tym jednak jego podróże się nie kończą. Młody amator trudnych wspinaczek, który na co dzień nie lubi przesiadywać z tabletem, bo woli planszówki, ma poważny plan na siebie. Prowadzi blog Planet KIWI i właśnie wydał książkę "Dziennik łowcy przygód. Extremalne Borneo".

Prowadzisz popularnego bloga. Jak sława wpływa na życie prywatne? Nie masz problemów w szkole?

Jeśli chodzi o podróże to nie. Najczęściej wyjeżdżam w czasie wakacji i ferii. Czasami zdarzy się, że zarwę najdłużej dwa tygodnie szkoły - tak było, kiedy byłem na Sumatrze - ale wtedy od razu wszystko nadrabiam. I nie mam z tym większego problemu, bo dość dobrze się uczę, a nauczyciele są dla mnie życzliwi i wyrozumiali.

Podróżujesz z rodzicami. To oni uczą ciebie, czy ty uczysz ich? A może jeszcze inaczej?

Moi rodzice dużo czytają, ale przewodnicy też nam dużo mówią. Poza tym sam staram się także dużo czytać i szukam informacji w Internecie, a nieraz potem podsuwam je rodzicom. Zdarzają się też takie sytuacje, kiedy to my znajdujemy takie miejsca, których nie znają nawet miejscowi. Ostatnio moja mama odkryła ciekawą wzmiankę o gorących jeziorkach. Licencjonowany przewodnik nie miał pojęcia o tym rejonie, pewnie dlatego, że prowadziła do niego straszna offroadowa droga.


© FOT. EWELINA WÓJCIK



Masz 10 lat i odwiedziłeś już 30 krajów. Kiedy lista się powiększy?

W te ferie. Jeszcze nie wiemy, gdzie pojedziemy, ale z pewnością odwiedzimy kolejny, 31 kraj.

No dobra. Powiedz mi lepiej, który z nich był do tej pory najciekawszy?

Indonezja była najfajniejsza! Mieszkają tam strasznie mili ludzie, są świetne wysepki i wspaniałe hosteliki. Poza tym każdy znajdzie tam coś dla siebie. Na Borneo mogłem uprawiać trekking, który uwielbiam. Sądzę, że innym mogłaby się spodobać Maratua - strasznie fajna wysepka. Co prawda niezbyt luksusowa, ale z przepiękną rafą koralową.

Trekking?

Tak! Uwielbiam go, bo uwielbiam hardkorowe rzeczy. A co to jest? To po prostu intensywne chodzenie. Akurat w Indonezji trekking oznaczał spanie pod płachtami, na kamieniach, z bolącymi plecami...


© materiały własne



To nie wygląda jak podróż dla małego chłopca. Powiedz lepiej, która z wypraw była najtrudniejsza?

To nie jest tak, że cała podróż jest dla mnie najtrudniejsza. Najtrudniejsze są chwile. Dla mnie taką chwilą był Tongariro Crossing - dwunastogodzinna wspinaczka po górach. Najpierw czterogodzinne wchodzenie pod górę przy bardzo silnym wietrze, gdzie nie można podejść do grani, bo po prostu by cię zdmuchnęło. Ale potem ten widok - bezcenny. Genialne, szmaragdowe jeziorka... Tyle, że jak doszedłem do końca, to nie czułem nóg.

Czy jakoś specjalnie trenujesz przed taką wycieczką?

Nie. Po prostu idę na trekking, robię to często i już się do tego przyzwyczaiłem. Lubię się męczyć i lubię trudne rzeczy.

A jakaś specjalna dieta?

Jem normalnie. Jedyne - nie wiem, czy mogę to nazwać dietą - to to, że jem dużo słodyczy.


© materiały własne



Wróćmy do mniej słodkich momentów. Podczas podróży obserwujesz lokalne zachowania, rytuały. Które z nich najbardziej zapadły ci w pamięć?

Najtrudniejszym rytuałem był bull jumping w Etiopii. Zaczynał się od tego, że kobiety tańczyły z dzwoneczkami, zrobionymi z kozich kopyt, umieszczonymi na kostkach i pod kolanami. Podczas skoków dzwonki wydawały charakterystyczny dźwięk: "tyń, tyń, tyń", kobiety do tego piszczały, skakały, tańczyły i trąbiły na bardzo długich trąbkach. A potem szły do buszu, żeby szukać „maza” (młodych chłopców, którzy niedawno przeszli ceremonię). Nie uwierzy pani, po co one tam szły. To był ten najbrutalniejszy moment...

No dawaj.

Prosiły "maza", żeby ci je biczowali. Biegły do mężczyzn z witkami. Mnie się ten zwyczaj bardzo nie podoba, ale taka niestety jest ich tradycja. Prosto stamtąd przenosili się na wielką polanę, gdzie kobiety tańczyły, a mężczyzn malowano. Za pomocą kamienia i wody oraz barwników robiono im linie i kropki na twarzy. Ja też zostałem pomalowany, miałem białe linie i czerwone kropki.


© materiały własne



Czemu służyły te malunki?

Miały odstraszać duchy. Później rozbierano chłopaka i smarowano go piaskiem oraz krowią kupą. Wszystko po to, aby zmyć z niego grzechy i dać mu siłę. Ustawiano przed nim rząd byków, a mężczyzna musiał przez nie przeskoczyć. Wskakiwał na jednego byka, przebiegał przez cały rząd byków i powtarzał tę czynność kilka razy. Musiał to zrobić co najmniej czterokrotnie, żeby zyskać szacunek w wiosce. Jeśli upadł, to był obciach dla wioski.


Źródło: Naszemiasto.pl


To zrobiło na tobie ogromne wrażenie.

Nie wyobrażam sobie, jak można wskoczyć na tak wielkiego byka! On był ogromny! A temu mężczyźnie wystarczył jeden skok. Na koniec założono mu opaski z koziej skóry oraz dostał swój stołeczek i kijek, z którymi będzie chodził do końca życia. Wówczas stał się "maza" i przez trzy miesiące miał szukać żony po różnych wioskach. A kiedy ją znajdzie, to przyprowadzi do domu i będzie ją tuczył.

Tuczył?

Zamyka się żonę na dwa miesiące na strychu... Wtedy może ona jeść i pić, a także wychodzić, ale tylko za potrzebą. Całość ma służyć temu, żeby kobieta nabrała siły i mogła urodzić dzieci oraz ciężko pracować.


© materiały własne



Z Etiopii przywiozłeś lokalną pamiątkę. Z innych krajów także przywozicie różne przedmioty. Co najczęściej?

Przede wszystkim kolekcjonujemy magnesy na lodówkę. Mamy ją obklejoną z prawej i lewej strony oraz z przodu i chyba musimy już dobudować kolejną ścianę, bo magnesy już się nie mieszczą. Ale to nieważne. Czy magnes by był kiczowaty, czy zepsuty - z każdego kraju musimy mieć jeden.

Poza tym przyczepiamy różne przedmioty w całym domu i już też zaczyna nam brakować miejsca. Ale dzięki takiej wystawie mogę chodzić po domu i opowiadać o każdym przedmiocie. W zbiorach mamy maski, maczety, ozdoby, lalki, które strzegą grobu... Mamy na przykład taką kukłę, która przypomina pochowanego człowieka. Nie pamiętam, z którego dokładnie kraju pochodzi, ale wiem, że jeśli jej twórcy chcą ją przebrać, to za każdym razem muszą odprawiać cały rytuał pochówku.

I nie boisz się duchów, mając takie straszne przedmioty w domu?

Trochę się boję duchów, ale mam przytulanki, z którymi zawsze śpię - miśka i liska - i oni mnie chronią.



© materiały własne


Pierwsza twoja książka jest o Borneo. Czy to znaczy, że możemy spodziewać się kolejnych części o innych twoich podróżach?

Jeśli książka spodoba się moim czytelnikom, to z chęcią napiszę kolejną, ale na razie muszę trochę odpocząć, bo bardzo się zmęczyłem.

Porozmawiajmy o procesie tworzenia. Piszesz prostym, swoim językiem. Dlaczego zdecydowałeś się na taką formę?

Książkę starałem się napisać taką, jaką sam chciałbym przeczytać. Moim językiem. Wcześniej czytałem bardzo dużo dzienników, więc stwierdziłem, że to będzie fajna forma. Także język "szymoński" to pomysł, który powstał podczas pisania książki, a slangowe słowa są moimi słowami, których używam na co dzień.

Jak powstawała książka? Pisałeś ją sam?

Najpierw prosiłem rodziców, aby dali mi zdjęcia. Dzięki temu przypominałem sobie historie i zaczynałem pisać. Robiłem to w momentach, kiedy miałem czas. Tak powstawały pierwsze rozdziały. Czasami zdarzało się, że nie miałem weny i wtedy była kicha. Musiałem wykasować cały rozdział, bo był beznadziejny.

Najczęściej w weekendy siedziałem po kilka godzin i pisałem jeden rozdział, ale bez weny by to nie wyszło. Jak już ją miałem, to do głowy potrafiło mi przychodzić pięć pomysłów na raz - wtedy pisałem jeden i... zapominałem o reszcie. Rodzice poradzili mi, abym takie myśli spisywał na kartce. Dzięki temu nie umykały mi w dalszej pracy. Problem z początku był taki, że nie nadążałem palcami za moimi myślami. Z czasem trochę się wyćwiczyłem.


© materiały własne



A potem korekta.

Po napisaniu rozdziału sczytywałem go i przesyłałem do redakcji. Pani redaktor nanosiła poprawki, a my z rodzicami znów czytaliśmy rozdział. Było to żmudne, bo kilka razy musiałem czytać to samo. Poza tym dużo pracowałem z grafikiem, który bardzo dobrze mnie rozumiał, świetnie wyczuł mój styl. Teraz już mówię na niego "wujek". No i często sprzeczałem się z panią redaktor, która poprawiała mój tekst. Na przykład zamieniła wyrażenie "budynek lotniska" na słowo "gmach" - ja bym nigdy w życiu tak nie napisał! Czasami też się zgadzaliśmy. Na przykład przy słowie - "masakra". Pani zasugerowała mi, że to ludobójstwo i horror, więc w moim znaczeniu nawet nie powinienem go użyć. Tu się zgodziłem.

I stworzyłeś też swoje słowa.

W języku "szymońskim" jest na przykład "rozplaskacony", czyli rozpłaszczony albo "wglapiać się" - patrzeć na coś bezmyślnie przez długi czas.

Twoją książkę skomentowali znani podróżnicy. Któryś z nich jest dla ciebie inspiracją?

Bardzo się ucieszyłem, kiedy znani podróżnicy zaczęli opisywać moją książkę. Wzoruję się na Jaśku Meli. Zaskakuje mnie jego determinacja i to, jak bardzo jest silny psychicznie. Mimo tego, że jest niepełnosprawny, zdobył biegun - jako najmłodsza i niepełnosprawna osoba.


© materiały własne



Jest książka i blog. A wideoblog?

Pomyślę nad tym.

Podróżujesz po świecie, a co w Polsce lubisz najbardziej?

Uwielbiam jeździć rowerem, to moje hobby. Kocham Polskę, bo jest piękna. Często jeżdżę po moim mieście, Łodzi i oglądam piękne murale. Lubię też żeglować po Mazurach. Z tatą także jeździmy na rowerach i wspinamy się po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

A gdybyś mógł poradzić twoim rówieśnikom, co mogliby zrobić na wakacjach, żeby się nie nudzić?

Przede wszystkim trzeba się dobrze bawić. To pierwsza zasada, żeby być szczęśliwym. Poza tym trzeba sobie znaleźć dobre towarzystwo.


© materiały własne



A jak pada?

Kiedy pada, bawię się w domu. Niezbyt lubię grać na komputerze, komórce i rzadko oglądam telewizję. Lubię za to planszówki i grę w karty, które sobie wymyślę. Lubię na przykład grę w słowa - że kolejna osoba mówi słowo zaczynające się od ostatniej litery poprzedniego słowa. Często w nią gramy, jak podróżujemy.

No to powiedz, gdzie widzisz siebie za dwadzieścia lat?

Nie wiem jeszcze do końca. Może zostanę dziennikarzem - podróżnikiem, może dziennikarzem albo prawnikiem. Mam jeszcze dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić.

W szkole jesteś pewnie gwiazdą. Koledzy zazdroszczą ci kariery?

Nie jestem gwiazdą w szkole i nigdy nie będę. Przede wszystkim - nie chcę nią być. Moi koledzy są tak mile zazdrośni, na zasadzie: "ale ci zazdroszczę, że mogłeś być w Indonezji... Super masz! Opowiesz nam?" - to jest raczej taka fajna zazdrość. To po prostu miłe.

Z Szymonem możecie się spotkać w najbliższym czasie podczas spotkań autorskich. Odbędą się w Warszawie, szczegółów szukajcie na Facebooku. Młodego podróżnika możecie także spotkać w Poznaniu (szczegóły tutaj!). Szymon będzie także dla was dostępny w Krakowie. O tym spotkaniu możecie więcej przeczytać tutak.


Rozmawiała Sonia Tulczyńska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl


© materiały własne

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!