Turkusowy Domek w Warszawie. "Tu ambasador Kolumbii tańczy na stole z panią Henią zza płota"

red.
Turkusowy Domek w Warszawie. "Tu ambasador Kolumbii tańczy na stole z panią Henią zza płota" Łukasz Kowalski / naszemiasto.pl
Turkusowy Domek w Warszawie to ewenement przynajmniej na skalę Warszawy, jeśli nie całej Polski. To jednocześnie sala koncertowa, bar, o którego znalezieniu każdy marzy - taki, w którym w drzwiach witają cię po imieniu - i restauracja, w której zjesz przy wspólnym stole i poznasz nowych ludzi. A to wszystko głęboko ukryte w części Warszawy, po której najmniej byście się takich atrakcji spodziewali.

Turkusowy Domek niełatwo znaleźć. Najpierw trzeba zapuścić się w tę część Warszawy, w której rzadko bywa się przypadkowo - w miejsce niemal na granicy trzech niekochanych przez warszawiaków dzielnic: Wawra, Rembertowa i Wesołej. O tym, że dom przy ul. Działowej 12 różni się od innych domków jednorodzinnych, których w okolicy nie brakuje, świadczą wymalowane na bramie mandale, ale jeśli ktoś nie wie, czego szukać, przejdzie dalej, nie spodziewając się, jak niezwykłe miejsce kryje się kilka kroków dalej, za bramą bez żadnego szyldu czy informacji.

Antyrestauracja
Turkusowy Domek jest ewenementem na skalę całej Warszawy, bo to nie restauracja czy bar, ale prywatny dom Sebastiana i Pauliny, który chętnie otwierają dla gości. Ja możecie kojarzyć z warsztatów teatralnych, jeśli na takich bywacie, jego - z zespołów Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni czy Spaceboy. Choć są w domku miejsca prywatne, do których nikt poza nim i ich synem nie mogą się zapuszczać, to jednak większość Turkusowego Domku funkcjonuje na zasadzie otwartego domu. Jest to też swojego rodzaju antyrestauracja, bo choć można tam zjeść, to nie jest ona nastawiona na zysk - a zdarza się, że niektóre imprezy po przeliczeniu wydatków wychodzą zdecydowanie na minus ("Dlatego lepiej czasami nie liczyć" - niefrasobliwie komentuje Paulina) - nie jest otwarta codziennie, nikt nikogo nie wyprasza po zjedzeniu, a wszystko działa tam jakby trochę inaczej.

I to właśnie od koncepcji wspólnych posiłków zaczęła się historia Turkusowego Domku. - Byliśmy znudzeni tym, że idziesz do restauracji, płacisz nie wiadomo ile, dostajesz byle co, kup tanio, sprzedaj drogo i jak najszybciej wyjdź. Tym, że nie ma w restauracjach tego elementu biesiady, każdy je przy osobnym stoliku, więc pomyśleliśmy, że może by tak zrobić tak, że wszyscy jedzą przy wspólnym stole? - wspomina Paulina. - Zawsze z zespołem grywałem w domu, zawsze było u nas sporo znajomych, sporo gotowaliśmy, a że moja małżonka gotuje tak dobrze, że wielokrotnie widziałem, jak ktoś płacze przy jedzeniu, postanowiliśmy to wykorzystać - dodaje Sebastian.

Otwarty dom
Na pierwszy rzut oka Turkusowy Domek to miejsce z bardzo hippisowskim i newage'owym rodowodem. Na werandzie wiszą mandale i łapacze snów, ze ściany gości obserwuje rysunek Pana Kleksa z domalowanym na czole trzecim okiem (to nawiązanie do jednego z muzycznych projektów Sebastiana), a meble przykuwają wzrok intensywnością kolorów. Jak jednak podkreślają Paulina i Sebastian, to miejsce otwarte, w którym dla każdego znajdzie się miejsce. Obok figurki Buddy wisi obraz z Matką Boską, a miejsce odwiedzają nie tylko młodzi ludzie zafascynowani wschodnią kulturą. - Przychodzą do nas sąsiedzi, pani Renatka z klubu seniora... - wylicza Paulina. - Tu celebryta spotyka się z Kowalskim, a ambasador Kolumbii tańczy na stole z panią Henią zza płota - dodaje Sebastian.

Domek ściąga ludzi ciekawych, a otwartość gospodarzy sprawia, że łatwo tu poczuć się jak u siebie. Zdarza się, że ktoś zapomni się i zaśnie w jednym z hamaków. - Dla nas to komplement, że ktoś się u nas tak zrelaksował - śmieją się Sebastian i Paulina.

Jak podkreślają, główną wartością Turkusowego Domku jest to, że tu ludzie mają możliwość spotkania się na neutralnej przestrzeni prywatnego domu, więc znikają bariery. Wszyscy nowi goście po wejściu przedstawiają się każdemu i dzięki temu stają się uczestnikami wspólnej imprezy i bawią się razem. - Jeśli muzyk przyjeżdża do nas na koncert, to faktycznie spędza z ludźmi wieczór. Tutaj nie przychodzisz posłuchać koncertu i zjeść kotleta, tylko porozmawiać z człowiekiem. Jecie razem, bo nie da się lepiej poznać ludzi niż przy wspólnym jedzeniu i gotowaniu, a dopiero potem artysta wchodzi na scenę i gra tylko dla was, wchodząc z publicznością w interakcje, które są niemożliwe na normalnym koncercie - tłumaczy Sebastian.

A gwiazdy grywają tu nie byle jakie, bo w dużym pokoju Turkusowego Domku grała już Shantelle Monique, Dave Smoota z amerykańskiej grupy TV on the Radio, Czesław Mozil, Ania Rusowicz czy Tymon Tymański. Jeśli chcecie odwiedzić domek - czy to na koncert, czy obiad, czy spotkanie, śledźcie jego profil na Facebooku, tam znajdziecie informacje o wszystkich wydarzeniach, jakie przygotowują Sebastian i Paulina.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Monia

Nie polecam dla dzieci fujj

M
Marcin wola

Racja imprezy są dobre a towarzysko zawsze pijane i naćpane. Pogratulować pomysłu
Jedzenie dobre panna serwuje

b
bELLA

BYLIŚMY TAM I NIE POLECAMY:( może komuś się to podoba. Narkotyki kocia sierść w jedzeniu zero higieny. NIE POLECAM

Dodaj ogłoszenie