Wendy Holden: W życiu liczą się ludzie, a nie dobry samochód [rozmowa naszemiasto.pl]

Kinga CzernichowskaZaktualizowano 
Materiały prasowe
O tym, co się liczy w życiu i o tym, co frustruje dziennikarzy rozmawiamy z Wendy Holden, autorką książki "Urodzeni, by żyć".

Wendy Holden to uznana powieściopisarka, która przez wiele lat pracowała jako dziennikarka "Daily Telegraph". "Urodzeni by żyć" (wydawnictwo Sonia Draga) to historia trzech ciężarnych Żydówek, więźniarek obozu koncentracyjnego w Auschwitz, którym udało się ukryć swój stan przed oczami oprawców i dzięki temu uniknąć śmierci. Opowieść rozpoczyna się pod koniec II wojny światowej. Trzy nieznające się kobiety zmuszane do niewolniczej pracy w zakładzie zbrojeniowym i ostatecznie umieszczone w masowym transporcie do obozu Mauthausen w Austrii, są pewne, że czeka je śmierć. Pomimo katastrofalnych okoliczności, dzięki pomocy współwięźniów, szczodrości mieszkańców mijanych wiosek i paru ludzkim nadzorcom, zarówno matkom, jak i dzieciom udaje się przeżyć do końca wojny. Po wojnie matki z dziećmi rozpoczynają nowe życie w różnych częściach świata.

Autorka ma na koncie także takie książki, jak "Chłopiec i pies", "Szkoła dla mężów" i "Jak miło w Cannes". Zapraszamy do przeczytania rozmowy.

W książce "Urodzeni, by żyć" opisujesz Rachelę, która pochodzi z Łodzi. To nie jest Twój pierwszy raz w Polsce, prawda?

Nie, byłam w Łodzi, Pabianicach, a także w Krakowie, by w końcu dotrzeć do Oświęcimia. Ale to mój pierwszy raz w Warszawie. Przygotowywałam się do napisania książki, potrzebny był mi odpowiedni research. Zakochałam się w Krakowie, byłam tam w lipcu 2014 roku. Z kolei Oświęcim okazał się najbardziej poruszającym miejscem. Obóz w Ausschwitz był ogromny, zginęło tam tak wielu ludzi. Natomiast Łódź jest bardzo smutnym miastem. Kiedyś, przed wojną musiała być piękna. W końcu architektura miejscami przypomina Paryż: stare budynki, balkony kamienic... A teraz czuć w niej smutek i zmęczenie.

Przeprowadzenie takiego researchu nie mogło być łatwe. Musiało też być bolesne. Co poruszyło cię najbardziej?

To było osiemnaście miesięcy ciężkiej pracy, bez przerwy na weekend. Najbardziej poruszającym doświadczeniem w tym okresie był z pewnością przyjazd do Auschwitz. Ten las łańcuchów, otaczający cię zewsząd. Jedna z historii, które mnie najbardziej poruszyły, to ta, jak doktor Mengele potraktował kobietę w zaawansowanej ciąży. Próbowała uciec. Kiedy ją złapano i odesłano do obozu, to najpierw wywołano poród, a potem jej nowo narodzone dziecko pozostawiono, by na oczach matki umierało z głodu. Płakałam, gdy o tym pisałam. Ta historia jest dla mnie wyjątkowo szokująca i bolesna.

Tak szokujące historie są nam potrzebne?

Nie chcę szokować ludzi. Umieszczam w książce tak bolesną historię, bo przypuszczam, że mogła się ona przytrafić wielu kobietom. A gdyby moje główne bohaterki miały mniej szczęścia, to pewnie przytrafiłoby się także im.

Postacie, które opisujesz, są pełne optymizmu. Mam na myśli główne bohaterki, bo piszesz też o ludziach bardzo zdesperowanych. I to do tego stopnia, że chcieli się zabić.

Tak, ponieważ nie mieli w sobie już żadnej iskierki nadziei. Matki, które są głównymi bohaterkami "Urodzonych, by żyć" przetrwały najprawdopodobniej dlatego, że chciały żyć dla dzieci, które nosiły w sobie.

Priska, Rachela i Anka nie przyznają się do tego, że są w ciąży. Czy można na podstawie odnalezionych dokumentów przewidzieć, co mogłoby się stać, gdyby się przyznały?

Z jednej strony można przypuszczać, że kazano by im iść do komór gazowych. Ale wiadomo także, że przeprowadzano eksperymenty na ludziach, sprawdzając uprzednio, czy w rodzinach były bliźniaki. Czekało je piekło. Dla kobiet, które powiedziały o swojej ciąży, nie było szczęśliwego zakończenia.

Dla mnie najbardziej niesamowitą spośród tych trzech kobiet była Priska, która trzykrotnie poroniła, a jednak przy czwartej ciąży wciąż miała nadzieję. I urodziła zdrowe dziecko.

Tak, to było przeznaczenie, ona po prostu musiała przeżyć I co ciekawe, kiedy żyła normalnym życiem w Bratysławie, poroniła trzykrotnie, natomiast kiedy trafiła do obozu, udało się. To brzmi jak cud. Tym bardziej, że kobiety w obozach były niedożywione i żyły w ciągłym strachu.

Wiemy, czy było więcej kobiet w ciąży, którym udało się przeżyć tę straszną walkę?

Mam taką nadzieję, ale badania tego nie wykazały. Była jedna kobieta, której dziecko przeżyło, ale ona sama zmarła. Wiadomo też, że były kobiety, które zmuszano do prostytucji i gwałcono. Z analiz, jakich dokonałam, tylko te trzy kobiety miały mężów, przeżyły, donosiły ciąże, a ich dzieci były owocem prawdziwej miłości. To cud, że udało im się ukryć błogosławiony stan. Te matki nawet nie wiedziały o sobie. Dopiero ich dzieci poznały tę historię. Córka Anki, Eva, nie mogła w to wszystko uwierzyć. Twierdziła, że jej życie to cud, więc jak to możliwe, że w tym samym pociągu, w tym samym obozie, wydarzyły się jeszcze dwa inne cuda?

Jak wspominasz spotkanie z dziećmi kobiet, o których piszesz?

To wspaniali ludzie, pełni nadziei i optymizmu. Mają świadomość, że ich życie to cud, dlatego każde z nich stara się czynić coś dobrego dla innych ludzi. Marcus jest lekarzem w Chicago, Hanna jest biochemikiem, prowadzi badania nad wynalezieniem lekarstwa na raka, Eva natomiast podróżuje i prowadzi lekcje na temat tego, czym był holocaust. Wszyscy, mimo że mają już około 70 lat, są aktywni zawodowo.

Pracowałaś jako korespondent wojenny w Iraku. Czy to doświadczenie pomogło Ci w napisaniu tej książki?

Tak, przez pięć lat pracowałam, relacjonując wydarzenia ze stref wojennych. To są obrazy, które zostają ci w głowie na całe życie. Ja do tej pory mam koszmary. Myślę, że to doświadczenie dało mi wiele. Jestem lepszą osobą, pełną współczucia dla innych ludzi. Teraz, kiedy piszę o cierpieniu, mam w głowie te obrazy i potrafię myśleć empatycznie. Dobry pisarz musi czuć to, o czym pisze. A człowiek staje się lepszym wtedy, kiedy doświadczy sytuacji krytycznej. Na przykład takiej, w której są bombardowania, a mimo wszystko ty nadal żyjesz. To sytuacje, w której na szali znajdują się życie i śmierć, a wokół siebie widzisz ludzi, którzy ryzykują życie dla drugiej osoby. Jako korespondentka wojenna chciałam być blisko właśnie takich sytuacji. W "Urodzonych, by żyć" też piszę o ludziach, którzy byli gotowi umrzeć za innych. Człowieczeństwo można dostrzec nawet tam, gdzie wydaje się, że brakuje już serca dla bliźniego.

To, o czym mówisz, to poświęcenie. Niektórzy twierdzą, że to cecha charakterystyczna dla kobiet.

Nie sądzę, by płeć miała tu jakiekolwiek znaczenie. To kwestia indywidualna. Są ludzie, którzy mają potencjał, by być bohaterem. Są też tacy, którzy tchórzą. Podczas pracy w roli korespondenta wojennego zderzyłam się z sytuacjami, podczas których byłam w centrum wydarzeń, lecz były i takie sytuacje, podczas których trzeba było uciekać, by ocalić swoje życie. Teraz jednak siedzę tutaj i mogę opowiadać te historie.

Nie wszyscy Polacy chcieli ocalić Żydów.

To prawda, ale jestem zdania, że nie możemy osądzać innych ludzi. Z tej perspektywy możemy mówić o tym, że udzielilibyśmy pomocy, ale czy będąc w tamtej sytuacji rzeczywiście ryzykowalibyśmy życie dla ludzi, którzy byliby dla nas obcy? Nie wiemy tego. Wiemy, że w życiu liczy się każdy akt dobroci.

Nawet ten najbardziej z pozoru nieracjonalny. Brat Racheli, Moniek, zgłosił się do opieki nad żydowskimi dziećmi. Zginął.

Czasem - tak jak Mońkowi - wystarczy nam jedna sekunda, by się zdecydować. Czasem potrzeba nam więcej czasu do przemyślenia pewnych rzeczy. W życiu szukamy balansu pomiędzy dobrem i złem. Wierzę, że dobro zawsze zwycięża zło. W czasie wojny zginęło sześćdziesiąt milionów ludzi. Trudno sobie to wyobrazić. Ale możemy sobie za to wyobrazić trzy młode matki, które były w szczęśliwych małżeństwach, miały marzenia, ale chciały żyć. Anka pragnęła zostać prawniczką, Priska chciała uzyskać tytuł profesora, Rachela marzyła o powrocie do ojczyzny. Miały plany, tak jak i my. Każdy chce coś zrobić ze swoim życiem. Chociaż wszystkie dużo wycierpiały, straciły mężczyzn, których kochały nad życie, to jednak otrząsnęły się z traumatycznych wspomnień, odnalazły światełko w ciemności.

Przeczytałam książkę, przyjrzałam się opiniom innych czytelników i wiesz, co zauważyłam? Jedna z osób napisała, że lektura tej książki kazała jej się zastanowić nad własnym życiem. Oczekiwałaś aż takich reakcji ze strony czytelników?

Nie, nie oczekiwałam nawet, że ta książka wywrze ogromny wpływ też na moje życie, ale tak się stało. Postanowiłam, że nigdy więcej nie będę na nic narzekać. Ból głowy, przeziębienie to nic w porównaniu z tym, co przeszły moje bohaterki. Zawsze byłam optymistką, ale teraz udzieliło mi się to jeszcze bardziej i przysięgam, nigdy więcej nie będę narzekać. Pisanie tej książki okazało się najlepszą lekcją w moim życiu. Cieszy fakt, że książka została wydana w 19 krajach, przetłumaczono ją na 15 języków. Nie wszyscy wydawcy byli pozytywnie nastawieni do idei. Niektórzy pytali, czy naprawdę potrzebna jest nam kolejna książka o holocauście. Ale historia tych trzech kobiet jest jedyna w swoim rodzaju, nikt wcześniej o nich nie mówił. I co najważniejsze, ta opowieść daje nadzieję. Teraz podróżuję, w tym roku chcę odwiedzić 10 krajów, a gdziekolwiek jestem, czytelnicy płaczą razem ze mną, bo dostrzegają ogrom cierpienia, jakim dotknięci byli Żydzi.

Przez osiemnaście miesięcy pracowałam w Bagdadzie w miejscu, gdzie nie było prądu, a ludzie nie zawsze mieli co jeść. Wiesz, wtedy człowiek marzy o najprostszych, codziennych rzeczach. Ja marzyłam o świeżych owocach: gruszkach, pomarańczach, jabłkach.

Może po prostu ludzie nie doceniają tego, co mają tu i teraz?

Niestety, ale to prawda. Ludzie myślą, że w życiu ważny jest status materialny. Chcą nowego auta, luksusowego samochodu, kina domowego. Ale nie to jest w życiu ważne. Liczą się ludzie, którzy są wokół ciebie. Chodzi o miłość.

Przypuszczam, że teraz koncentrujesz się na pisaniu książek. Tęsknisz za pracą w redakcji, za tą adrenaliną, którą niesie ze sobą zawód dziennikarza?

Czasami. Czasami coś się dzieje i myślę o tym, jak bardzo chciałabym być tam na miejscu, zdawać relację. Ale to nie zmienia faktu, że wciąż codziennie rano jestem podekscytowana na myśl o tym, o czym będę pisać dzisiaj.

Skąd u Ciebie taki optymizm?

Przekazali mi go rodzice. Wiele wycierpieli. Mój ojciec walczył w Birmie i Japonii, matka żyła w zdewastowanym w 1942 roku Londynie. Jej narzeczony został zamordowany w Niemczech, żona mojego ojca zmarła na tyfus. Kiedy się poznali, zakochali się w sobie, a uczucie potraktowali jak drugą szansę od losu. To oni nauczyli mnie tego, że życia bywa okrutne i bolesne, ale trzeba się podnieść, otrząsnąć i iść dalej. I nie narzekać. W swoich książkach pokazuję cierpienie. To przeważnie są bolesne historie, ale zawsze mają szczęśliwe zakończenie. Mam nadzieję, że rodzice byliby ze mnie dumni.

Mamy za sobą bagaż trudnych, bolesnych doświadczeń historycznych, a mimo to wciąż żyjemy w świecie, w którym trudno mówić o pokoju.

Żyjemy w zniewolonym świecie. W świecie, w którym ludzie się wywyższają, chcą mieć kontrolę nad innymi. Teraz wiele mówi się o uchodźcach. Przyznam, że nie mogę znieść tego krytycyzmu i zakłamania polityków. Przecież nikt nie zostawia swoich domów, rodzin, ojczyzny dobrowolnie. Oczywiście, na pewno są ludzie skoncentrowani na pieniądzach, ale to wciąż mniejszość. Większość to ci, którzy mierzą się na co dzień z cierpieniem i obawą o to, co przyniesie jutro.

Nie czujesz się zmęczona pisaniem o ludzkim cierpieniu?

To prawda, że podczas pisania takich książek odczuwa się ból. Kiedy mnie to już męczy, zaczynam pisać coś innego, zabawnego albo zaczynam pisać o psach, które uwielbiam. To, co zawsze pociągało mnie w dziennikarstwie - i na pewno to rozumiesz - to fakt, że każdy dzień jest inny. Jednego dnia jesteś na festiwalu muzycznym, kolejnego piszesz o jakimś niezwykłym psie, a jeszcze innym razem przeprowadzasz wywiad. Kiedy zaczęłam pisać książki, zdecydowałam, że chcę to robić właśnie w takim stylu i że każdy dzień ma przynosić mi coś innego.

Jesteś miłośniczką zwierząt? Musisz kochać psy. Podpytuję, bo sama też je uwielbiam, szczególnie owczarki collie.

Mam obsesję na punkcie psów. Kiedyś mieliśmy pięć psów, teraz niestety mamy tylko jednego. A owczarki to niesamowicie inteligentne psy. W jednej ze swoich książek, zatytułowanej "Chłopiec i pies" opisuję historię niepełnosprawnego chłopca, który dzięki owczarkowi anatolijskiemu otworzył się na ludzi. Pies w wyniku wypadku był okaleczony, stracił łapę.

Wspomniałaś o specyfice pracy dziennikarza. To było Twoje marzenie czy do zawodu trafiłaś przez przypadek?

Zawsze chciałam pisać. Jako dziecko pisałam wiersze, prowadziłam pamiętnik. Kiedy miałam sześć lat, brałam udział w konkursie na scenariusz do przedstawienia o królowej, która złamała zęba, jedząc ciastko. Głupia rzecz, ale już wtedy wiedziałam, że chcę pisać. Jako dziecko niewiele wiedziałam o dziennikarstwie. Pamiętam, jak ktoś powiedział mi, że warto zacząć od pracy w gazecie. Zapytał, jaką gazetę czytają moi rodzice. Odpowiedziałam, że "Daily Telegraph", że dziękuję za radę, w takim razie będę pracować w "Daily Telegraph". I lata później tak właśnie się stało. To nie był wybór. To było coś, co we mnie tkwiło i czuję, że ta praca była mi przeznaczona. Jako dziennikarka pracowałam przez osiemnaście lat. Wciąż myślę o sobie jak o dziennikarce. Tyle, że teraz robię research i opowiadam historie ludzi na łamach nie jednej strony, a kilkusetstronicowej książki.

A co Cię najbardziej frustruje w dziennikarstwie?

To, że opowiadam historie ludzi, do których się przywiązuję, a potem muszę odejść, zostawić je za sobą, by móc pisać o czymś innym.

Mnie frustruje coś innego. To, jak ta praca przekłada się na codzienne życie. Dziennikarze mają inną percepcję świata. Chcemy wiedzieć więcej na każdy temat, znać odpowiedź na pytanie: dlaczego? Prywatnie też.

To prawda. Stajemy się wścibskimi ludźmi. Jesteśmy dociekliwi, ciekawi życia. W pracy oczekujemy natychmiastowych odpowiedzi od rzeczników prasowych, a potem z czasem w życiu zaczynamy postępować dokładnie tak samo. Liczymy, że ktoś odpowie na nasze pytania, i to najlepiej natychmiast, zgodnie z oczekiwaniami. Ale na szczęście dziennikarstwo przynosi nam nie tylko wady. Stajemy się również bystrymi ludźmi. Ludźmi, którzy potrafią zadawać odpowiednie pytania, słuchać i milczeć, gdy sytuacja tego wymaga. Wielu ludzi nie umie słuchać. Tej umiejętności nabywa się z czasem. Początkujący dziennikarz nie słucha, ponieważ układa w głowie następne pytanie. Doświadczony słucha i uzależnia następne pytanie od odpowiedzi rozmówcy.

Dziennikarze to też ludzie, którzy mają w sobie wiele empatii, potrafią okazać współczucie. Dzięki temu jesteśmy też dobrymi psychoterapeutami. I słuchaczami. Czasem wiemy więcej o rozmówcach niż ktokolwiek inny. Wiemy o ich dzieciństwie, przeżyciach ze szkoły podstawowej, pierwszym pocałunku, pierwszym seksie. To niewiarygodne, o ile rzeczy potrafimy zapytać.

Dziennikarstwo to misja?

Tak, bo opowiadając historie innych ludzi, uczymy życia. Uczymy tego, jak postępować i inspirować. Dziennikarze z pasji mają dar.

Jaka będzie następna książka?

Już nie holocaust. Potrzebuję trochę od tego odpocząć. Myślę o powrocie do fikcji. Akcja toczyć się będzie pewnie podczas wojny. Bardzo chciałabym też, by "Urodzeni, by żyć" została zekranizowana. To dobry materiał na film, z chęcią napisałabym scenariusz. Teraz przede wszystkim podróżuję i skupiam się na promocji książki. Wszędzie zabieram ze sobą męża, bo nie widziałam go przez osiemnaście miesięcy, kiedy przygotowywałam się do napisania "Urodzonych...". Jesteśmy małżeństwem od 34 lat. Na szczęście kiedyś on sam pracował w gazecie, więc wie, na czym polega ta praca. Nie jest łatwo żyć z pisarzem. Ani z dziennikarzem.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała
Kinga Czernichowska

polecane: TELEMAGAZYN reality show królują

Wideo

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3