Wersal już do nas nie wróci, czyli wstrząs po Wojciechowskiej

Wojciech Wyszogrodzki
Wojciech Wyszogrodzki
Jerzy Wierchowicz jest adwokatem najbardziej znanej gorzowskiej kancelarii. Był obrońcą w procesach politycznych. Poseł w latach 1993-2001, szef klubu parlamentarnego Unii Wolności. Przez prasę kobiecą uznawany za najlepiej ubranego parlamentarzystę. Od 2010 r. radny klubu Nadzieja dla Gorzowa, członek komisji rewizyjnej.
Jerzy Wierchowicz jest adwokatem najbardziej znanej gorzowskiej kancelarii. Był obrońcą w procesach politycznych. Poseł w latach 1993-2001, szef klubu parlamentarnego Unii Wolności. Przez prasę kobiecą uznawany za najlepiej ubranego parlamentarzystę. Od 2010 r. radny klubu Nadzieja dla Gorzowa, członek komisji rewizyjnej. Kazimierz Ligocki
- To zdarzenie mną wstrząsnęło. Nic nie usprawiedliwia takiego zachowania, zarówno wobec urzędników, dziennikarzy czy wcześniej radnych - mówi mecenas JERZY WIERCHOWICZ, radny prezydenckiego klubu Nadzieja dla Gorzowa.

- Zdarza się panu załatwiać jakieś sprawy w urzędach w roli petenta?- Nie, chyba nie. Może kiedyś.- I wtedy wpadał pan do urzędu, mówiąc: „wiecie, kim ja jestem?! Wierchowicz, tak, ten mecenas, ten radny"?- Nawet do głowy mi nie przyszło, by to zrobić. Wiem, do czego pan pije, redaktorze...- A może choć trochę pan przeklina?- Nigdy.- Choćby „do kroćset!", „niech to gęś kopnie!"?- Może w emocjach sportowych.- A jakby pan zareagował, gdyby koleżanka z klubu radnych przy panu wyzwała kogoś od najgorszych?- Mówi pan o przypadku pani radnej Wojciechowskiej. Zareagowaliśmy. Przeprowadziliśmy z nią rozmowę, ale jej nie dokończyliśmy. Radna źle się poczuła, powiedziała, że ma trudną sytuację rodzinną. Przerwaliśmy spotkanie, ale ustaliliśmy, że przewodniczący naszego klubu, Jakub Derech-Krzycki przeprosi na sesji w naszym imieniu za to zachowanie...- I przeprosił.- I bardzo dobrze. Sądzę, że pani przewodnicząca też powinna to zrobić. To jest nasza reakcja. Na najbliższej sesji ma paść wniosek o pozbawienie pani radnej funkcji wiceprzewodniczącej. Oczywiście, poprzemy tę inicjatywę.- Kto zajmie jej miejsce w kierownictwie rady?- Jeśli dojdzie do odwołania, naturalnym kandydatem jest Jakub Derech-Krzycki.- Nie chciałbym jednak rozmawiać jedynie o języku, który nie przystoi cywilizowanemu człowiekowi, a co dopiero osobie publicznej. Problem Grażyny Wojciechowskiej polega też na tym, że mandat radnej wykorzystuje do zmuszania innych, by naginali prawo. Pisze o tym w swej skardze dyrektor wydziału spraw społecznych, gdzie czarno na białym czytamy, że krzykiem i wyzwiskami wiceprzewodnicząca rady już niejednokrotnie chciała wymóc coś na urzędnikach.- Kiedyś pan mnie pytał, czy wróci Wersal. Wydawało się, że tak będzie, gdy Samoobrona przegrała wybory. Ale nie wyszło. Poziom języka w polityce krajowej i lokalnej jest żenujący. Smutno mi, gdy słyszę, jak jeden polityk drugiego nazywa „chamem", gdy szef partii, były premier mówi do adwersarzy: „naćpana hołota". Osoba publiczna powinna szczególnie dbać o formę i słownictwo. Nie ma już, niestety, żadnych standardów. Mówię o tym z żalem, zażenowaniem, wręcz wstydem. Kiedyś byłem w polityce i myślę, że moja jedyna partia, czyli Unia Wolności dochowywała pewnych standardów. Przykład z naszego podwórka jest bezsporny – tu nie ma wytłumaczenia, nie ma mowy o zdenerwowaniu, oburzeniu, podnieceniu. To zdarzenie mną wstrząsnęło. Nic nie usprawiedliwia takiego zachowania, zarówno wobec urzędników, dziennikarzy czy wcześniej radnych.- To właściwie już recydywa...- Owszem. Wróciło to, co już kiedyś przeżywaliśmy. Oczywiście, wykorzystywanie swojego stanowiska do prywatnych celów jest niedopuszczalne, wręcz karane w pewnych okolicznościach. Będziemy o tym jeszcze rozmawiali z panią radną.- Nie bez powodu nazywam Grażynę Wojciechowską pańską koleżanką. Razem z drugą bohaterką naszych ostatnich publikacji, Lidią Przybyłowicz, kandydowała w wyborach z komitetu prezydenta – tak samo, jak i pan. Teraz wychodzą ciemne strony ich działalności. Jak pan – człowiek Unii Wolności, partii, z której pochodziło najwięcej dyplomatów – odnajduje się w tym gronie?- Do każdej osoby odnoszę się z szacunkiem. Widzę dorobek radnych, bo mogą czymś się pochwalić, ale czasami powinni też się wstydzić. Jak czuję się w tym gronie? Staram się robić swoje.- My w redakcji także. Po roku udało nam się zdobyć wyniki kontroli wydziału kultury...- Radni też już go dostali. Nie wiem tylko, czemu zamazano tam nazwiska, to przecież nie jest dokument tajny.- Gdyby to pan był prezydentem i dostał takie audyty z wydziału kultury czy sportu, jak by pan zareagował?- Na pewno starałbym się zweryfikować te dokumenty. Pewnie w tej chwili prezydent to robi. Nagromadzenie negatywnych faktów dla poprzedniego kierownictwa wydziału kultury jest olbrzymie. Obecnie prezydent nie może już wyciągnąć konsekwencji służbowych, bo pani Przybyłowicz została koordynatorem ds. artystycznych w filharmonii. Moim zdaniem to zbędna funkcja, skoro jest dyrektor artystyczny czy kierownik działu artystycznego. Jako komisja rewizyjna niedługo zajmiemy się filharmonią, zbadamy też zasadność zatrudnienia tam wielu osób. Prezydent powinien zastanowić się, czy z taką opinią o pracy wydziału kultury jego była dyrektorka powinna być obarczana obowiązkami w filharmonii.- Prezydent może powiedzieć, że nie jest dyrektorem tej instytucji i nie odpowiada tam za kadry.- Może tak powiedzieć, ale wszyscy wiemy, że to są naczynia połączone. Przecież prezydentowi zależy, by wszystkie instytucje działały w sposób prawidłowy.- Na postawie audytu z wydziału kultury można domagać się ukarania winnych? Kontroler wyliczał naruszenie wielu przepisów...- Rozumiem, że chodzi o odszkodowania na rzecz miasta. Na podstawie tego materiału nie można. Potrzebne są konkretne rozliczenia.- Czyli takie niechlujstwo jest bezkarne?- Nie, jest odpowiedzialność służbowa.- Ale – jak widać – można od niej uciec do filharmonii...- Jest też odpowiedzialność finansowa. Jeśli prezydent uzna, że ktoś działał na szkodę majątku miasta, na drodze cywilnej może zażądać zadośćuczynienia.- Przyznawanie pieniędzy reprezentowanemu przez siebie stowarzyszeniu przez Lidię Przybyłowicz, zmuszanie wyzwiskami urzędników do pozaprawnego wsparcia finansowego dla znajomych przez Grażynę Wojciechowską to niefrasobliwość, buta, cwaniactwo, przekonanie o bezkarności, pewność protektoratu prezydenta?- Trzeba zawsze wysłuchać drugą stronę. Wiem, że opisane przez was osoby nie chcą rozmawiać. Uważam jednak, że mają moralny obowiązek i powinny mieć potrzebę, by złożyć wyjaśnienia opinii publicznej. Liczę, że to nastąpi np. w formie listu, oświadczenia, konferencji prasowej. Także jako radny. Owszem, przymusić do tego nie możemy. No i pamiętajmy, że mówimy o dwóch osobach, a komitet wyborczy liczył kilkudziesięciu kandydatów. Stosunkowo nie jest źle, powiedzmy (śmiech). Warto też podkreślić, że wiceprzewodnicząca uzyskuje doskonałe wyniki wyborcze, a w polityce nie można tym gardzić...- Były radny Wiktor Kulisz napisał do gazety, że ludzie lubią, gdy ktoś pokrzyczy na urzędnika...- Jak mówiłem, takie zachowanie mnie się nie podoba. Ale – jak widać – wyborcy mają inne zdanie.- Według pana te panie tak się zachowywały, bo prezydent im na to pozwalał? Przecież wiedział, kogo bierze na listy wyborcze...- Myślę, że dobierał kandydatów pod kątem skuteczności. Przecież w wyborach liczą się głosy. Czasami coś za coś. To nie jest naganne, tylko racjonalne.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie